Akurat najbardziej niespójną ideowo partią jest dzisiaj PiS. Ich elektorat jest mocno podzielony w kwestiach od Unii Europejskiej, przez aborcję, aż po stosunek do wolnego rynku. Kiedy jednak partia jest w fazie opadającej, napięcia wewnętrzne w oczywisty sposób rosną – twierdzi politolog Jarosław Flis.

Na rok przed wyborami samorządowymi PiS przedstawił projekt zmian w Kodeksie wyborczym, w którym obok zmian wielkości okręgów zapowiada się kadrowe trzęsienie ziemi w administracji wyborczej, upolitycznienie PKW, wprowadzenie dwukadencyjności burmistrzów i prezydentów miast, ale też np. ograniczenie możliwości głosowania korespondencyjnego. Na pytanie po co PiS robi reformę ordynacji wyborczej dr Jarosław Flis, socjolog i politolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego odpowiada, że „możliwe są trzy motywacje. Po pierwsze geszeft, czyli próba wyciągnięcia trochę więcej władzy z tych samych głosów. Po drugie ideologia – tak było w przypadku fascynacji Pawła Kukiza ideą jednomandatowych okręgów wyborczych czy niechęci prezesa Kaczyńskiego do nich. Nawet jeśli ich nastawienie jest racjonalnie argumentowane, to za każdym takim wywodem stoi jakieś ogólne wyobrażenie o szczęściu i demokracji. Trzecia możliwość: to nie jest gra o sumie zerowej, że ktoś zyska, a ktoś straci – niektóre z obecnych rozwiązań są po prostu głupie. Przykładem książeczki do głosowania…”

Reklamy

Co jest z nimi nie tak? Jarosław Flis twierdzi, że w wyborach samorządowych do urn przychodzą często ludzie, którzy nie głosują w wyborach ogólnokrajowych, bo się partyjną polityką nie interesują. „Idą tam, bo chcą wybrać wójta i radnych gminy – ludzi, którzy na ich życie mają bezpośredni wpływ, z wzajemnością. Dostają do ręki karty do głosowania do sejmików, którymi interesują się nie bardziej, niż wyborami sejmu, na które nie chodzą. Część te kart wrzuca do urn puste. Część jednak – z obowiązku bądź rozpędu – kogoś na nich zakreśla. Dotychczas rozrzucali swoje głosy po całej karcie do głosowania, co nie miało wpływu na wynik. Kiedy jednak ten pakiet kart zamieni się na książeczkę, to okazuje się, stawiają krzyżyki na pierwszej napotkanej stronie. W ten sposób książeczka dorzuca 600 tysięcy głosów partii, która wylosowała numer jeden w wyborach do sejmików czy rad powiatów.”

Profesor stwierdził, że „Historia instrumentalnego pisania ordynacji pod siebie to nie jest House of Cards, to Gang Olsena.”

Zdaniem politologa „Wyniki wyborów samorządowych są mocno rozproszone, bo w Polsce mamy trzy grupy wyborców – medialnych, których interesuje przede wszystkim wielki spór PiS kontra anty-PiS, lokalnych, których interesuje własna okolica, i totalnych, czyli głosujących na obu poziomach. W wyborach samorządowych odpada około miliona wyborców medialnych, ale na ich miejsce wchodzą dwa miliony tych lokalnych.” To zmienia dość sporo, bo „ogólnopolskie duże partie mają zazwyczaj słabszy wynik niż w sondażach czy przypadających w podobnym okresie wyborach krajowych. Małe partie idą trochę do góry właśnie przez przypadkowe rozproszenie głosów, ale też przez inne podejście wyborców, z których część w wyborach do Sejmu i Senatu rozstrzyga pojedynek rycerzy, ale w samorządach daje wyraz bardziej subtelnym poglądom i gotowa jest poprzeć giermków – ludowców czy lewicę. Do tego dochodzą jeszcze partie regionalne i lokalne. Dynamika tych zmian jest nieprzewidywalna: jak porównamy wynik wyborów do sejmików z 2010 roku z pierwszą turą wyborów prezydenckich, to okaże się, że i PiS, i PO mają ich o średnio jedną trzecią i jedną czwartą mniej, ale też w poszczególnych województwach są ogromne różnice. To może być 98 procent – albo 46 procent wyniku uzyskanego trzy, cztery miesiące wcześniej w wyborach prezydenckich.”

Źródło: Krytykapolityczna.pl

Poprzedni artykułSzokująca przeszłość ludzi Macierewicza. Komunistyczna młodzieżówka, członkostwo w PZPR
Następny artykułSenator PiS zataił majątek? Pokrętne tłumaczenia parlamentarzysty