Ambasador Stanów Zjednoczonych w Warszawie, Georgette Mosbacher w jednym z wywiadów delikatnie skrytykowała postępowanie polskich władz wobec społeczności LGBT.

Spowodowało to falę ataków na Mosbacher ze strony polityków PiS i popierających rząd publicystów. Dość powiedzieć, że ambasador została wezwana na „dywanik” do warszawskiego MSZ. Najpierw odwołał zaplanowane wcześniej spotkanie minister Zbigniew Rau, później spotkał się z nią urzędnik w randze wiceministra. Takie działanie w dyplomacji nie jest przypadkiem i nie mogło ujść uwadze postronnych obserwatorów.

Reklamy

Świadczy o tym, że dla potrzeb polityki wewnętrznej, PiS jest skłonny poświecić relacje z USA. Chyba ostatnim poważnym partnerem, który pozostał obecnej władzy.

– Tego rodzaju nieporozumienia trzeba wyjaśniać w Waszyngtonie, nie w Warszawie. Wzywanie ambasadora głównego sojusznika do MSZ to albo sygnał chęci osłabienia sojuszu, albo dyplomatyczna gafa. Obstawiam to drugie – skomentował całą sytuację na Twitterze Dariusz Rosati, dawny minister spraw zagranicznych.

– Tak czy tak na Kremlu szampan (a nie tylko szampanskoe!) otwierają – dodał Jan Vincent Rostowski.

 

Poprzedni artykuł„Pokraczna hybryda”. Sikorski o nominacji Kaczyńskiego na wicepremiera
Następny artykułEpidemia w Polsce szaleje. Rząd jest całkowicie bezradny