Ludzie masowo pobierają rosyjski program, aby śledzić wydarzenia na froncie. A Putin zaciera ręce…

Wojna na Ukrainie sprawiła, że najpopularniejszym źródłem informacji stała agencja Nexta oraz aplikacja Telegram. A do kogo należy ta aplikacja?

Reklamy

Niezależna białoruska agencja Nexta publikuje informacje od dziennikarzy obywatelskich i naocznych świadków wypadków i ataków. To źródło newsów, z których korzystają największe redakcje na całym świecie, w obliczu wojny na Ukrainie.

Nexta operuje przede wszystkim na Telegramie. To rosyjski komunikator, którego twórcą jest Pavel Durov.

Telegram cieszy się olbrzymią popularnością wśród rosyjskiej, białoruskiej i ukraińskiej opozycji, ale w ostatnim czasie stał się znany na całym świecie. Aplikację pobiera coraz więcej osób, które chcą się dowiedzieć jak wygląda sytuacja na froncie.

Durov pozuje na opozycjonistę. Jednak do wybuchu wojny Telegram był szeroko omijany przez rzetelnych ekspertów od cyberbezpieczeństwa.

Dość powiedzieć, że jednym z jego sponsorów jest… rosyjski państwowy fundusz inwestycji bezpośrednich. Co zabawne, Durov, który stworzył Telegram, wcześniej stworzył rosyjskiego Facebooka – Vkontakte, które też trafiło pod kontrolę instytucji i ludzi bliskich Władimirowi Putinowi.

Gdy fakt, kto jest inwestorem Telegramu wyszedł na jaw, twórcy aplikacji bronili się, że rosyjski państwowy fundusz kupił obligację na rynku wtórnym.

Z kolei rzecznik prezydenta Putina Dmitrij Pieskow sprawę uciął słowami, iż „każda udana inwestycja, która zarabia pieniądze, jest mile widziana”.

Kremlowski inwestor to jednak nie koniec kontrowersji wokół Telegramu. Sprawę szeroko opisywał magazyn Forbes.

– Jak na ironię, użytkownicy migrujący z WhatsApp na Telegram cofają się pod kątem bezpieczeństwa – przekonuje Zak Doffman, który zajmuje się tematyką cyberbezpieczeństwa w magazynie.

Doffman wyjaśnia, że rosyjska aplikacja nie oferuje m.in. domyślnego szyfrowania end-to-end. Natomiast opcja „sekretnego chatu”, gdzie użytkownicy omijają chmurę Telegramu nie obejmuje rozmów grupowych.

– Problem szyfrowania sprawia, że ciężko polecić Telegram z punktu widzenia bezpieczeństwa. Brak domyślnego szyfrowania end-to-end daje złudne poczucie prywatności – dodaje John Opdenakker, ekspert zajmujący cyberbezpieczeństwem.

Sama chmura Telegramu również budzi spore kontrowersje. W praktyce Rosjanie mają dostęp do naszych wiadomości, gromadzonych na swoich serwerach.

Natomiast protokół szyfrowania MTProto, z którego korzystają Rosjanie, jest tylko częściowo otwartym oprogramowaniem. W rzeczywistości zostaje nam wiara w dobre intencje właścicieli aplikacji.

Z kolei ekspert ds. bezpieczeństwa Tommy Mysk ostrzega, że nawet szyfrowanie end-to-end w Telegramie może być nie tak bezpieczne, jak w innych komunikatorach.

– Podczas naszych badaniach dot. podglądu linków odkryliśmy, że Telegram generuje linku podglądu na swoich zdalnych serwerach zarówno dla zwykłego i „sekretnego” chatu. Sekretny chat jest szyfrowany end-to-end, a wysyłanie linków w takim chacie do zdalnego serwera mija się z celem szyfrowania end-to-end. Zdalne serwery Telegramu pobierają do 20 MB z linku udostępnianego na chacie. Podczas pierwszego udostępnienia linku na sekretnym chacie użytkownik otrzymuje nawet informacje, że link trafi do serwerów zdalnych – zauważył Mysk.

Pytanie, po co Rosjanie gromadzą te dane?

Tajemnice wokół Telegramu nie powinny jednak nikogo dziwić. Analogicznie wygląda sytuacja wokół innego popularnego „darmowego” komunikatora – Signal.

Kulisy jego powstania opisał dziennikarz śledczy Yasha Levine, autor głośnej książki „Surveillance Valley: The Secret Military History of the Internet”.

Levine wykazał, że program stworzyli i sfinansowali ludzie związani z CIA. Przedstawiając historię aplikacji Levine wskazał kilka ważnych faktów. Signal został stworzony przez Open Whisper Systems, którą kierował Moxie Marlinspike (Matthew Rosenfeld), kolega Jacoba Appelbauma, współtwórcy sieci Tor.

Marlinspike był szefem bezpieczeństwa Twittera. Wcześniej Marlinspike był blisko Departamentu Stanu USA (wówczas kierowanym przez Hillary Clinton) oraz Broadcasting Board of Governors.

Broadcasting Board of Governors to obecna U.S. Agency for Global Media. I tak narodził się Signal.

Signal został ufundowany dzięki pieniądzom z Radio Free Asia, agencją związaną z CIA. Amerykanie za jej pomocą operowali w Azji w ramach walki z komunistami.

Oficjalnie wiadomo jedynie o ok. 3 mln dolarów, które w latach 2013–2016 trafiły do ojców założycieli Signala. Dziś kwota ta nie wydaje się duża, ale bez tego wsparcia komunikator by nie powstał.

– Skoro zaawansowana technologia kryptograficzna Signal naprawdę stwarzałaby zagrożenie dla amerykańskiego rządu i władzy oligarchów, to po co rządzący by dofinansowali jego powstanie? I dlaczego Facebook i Google rzuciły się, aby przyswoić jej „super-tajne” protokoły? – pyta dziennikarz.

Dlaczego amerykańskie władze i służby ufundowały „super-bezpieczny” komunikator, a następnie pozwoliły, aby użytkownicy na potęgę pobierały tę aplikację, możemy się tylko domyśleć.

Dziennikarz w swojej książce zwrócił uwagę na jeszcze kilka ciekawych spraw. Np. taką, że Signal korzysta z usług chmurowych Amazon.

Co zabawne, kontrakt na usługi chmurowe Amazon ma też… CIA. Ponadto Levine wskazał, że aplikacja pobiera naszą listę kontaktów i numery z książki telefonicznej.

Wisienką na torcie jest fakt, że aplikację możemy pobierać tylko za pomocą sklepów Google i Apple. A oba te giganty, co wynika z ujawnionych swego czasu przez Snowdena informacji, przystąpiły do amerykańskiego programu szpiegowskiego PRISM, którym od 2007 roku kieruje National Security Agency.

W jego ramach amerykańskie służby mają dostęp do danych gromadzonych na serwerach oraz gromadzenie ich na własny użytek.

Dość powiedzieć, że w swojej książce dziennikarz opisał np. fakt, że amerykańska policja inwigilowała aktywistów protestujących przeciwko Partii Demokratycznej. Protestujący korzystali tylko z aplikacji Signal, ale policja znała każdy ich ruch.

W Polsce ufundowaną przez CIA aplikację promował pseudoekspert od cyberbezpieczeństwa Piotr Konieczny. Jak się okazało, sam Konieczny otrzymywał wynagrodzenia od polskich służb.