Kaczyński dalej swoje. Opowiada o „bezpośredniej pomocy” dla Ukrainy

Najwyraźniej Jarosław Kaczyński ciągle ma nadzieję, na „małą zwycięską wojenkę” z Rosją. Która w jego przekonaniu skończyła by się szybkim i łatwym zwycięstwem. No i dała PiS kolejną kadencję. Temu celowi zapewne służyła koncepcja „pokojowej misji NATO” na Ukrainie. Na szczęście zgodnie odrzucona przez naszych sojuszników.

Reklamy

Szef Zjednoczonej Prawicy jednak nie daje za wygraną. I dalej opowiada o „bezpośredniej pomocy” dla Ukrainy.

– Spotykamy się w czasie wojny, wydarzeń, które – jak można sądzić – będą określały nową epokę w dziejach naszego kontynentu. Przed nami, mówił o ty prezydent USA, długa walka, obliczona na lata. To zapowiedź powrotu do tego, co kiedyś było, co jest dobrze pamiętane. Tamta wieloletnia walka ze związkiem sowieckim, zakończyła się zwycięstwem. Ta obecna też musi zakończyć się zwycięstwem. Ale musimy pamiętać, że będzie to walka trudna, wymagająca poświęceń i pewnej przebudowy, autoprzebudowy społecznej świadomości. Bez tego nie mamy szans na zrealizowanie naszych planów, choćby tych obronnych – mówi teraz Kaczyński.

– Nie chce przeprowadzać analizy różnych koncepcji, jeśli chodzi o przebieg tej walki. Ważny jest aspekt ekonomiczny – w wymiarze doraźnym i długookresowym. Istotny jest aspekt militarny i to nie tylko ten odnoszący się do wzmocnienia państw demokratycznych, Zachodu, ale także ten odnoszący się do toczącej się wojny. Nie chcemy, by Ukraina tę wojnę przegrała. Ukraina musi zwyciężyć, musi się obronić – dodał PiS na zjeździe krajowym stowarzyszenia „OdNowa”.

– Nie możemy zgadzać się na to, że będzie okupowana. Dlatego musimy myśleć o tych ważnych sprawach także w kategoriach bezpośredniej pomocy dla Ukrainy. Także tej humanitarnej. Tu muszę podziękować naszemu narodowi, Polakom, za ich postawę, która jest wartością samą w sobie, która przypomina fundamenty tego wszystkiego, co składa się na polskość – to wszystko, co dziś prezentuje polskie społeczeństwo, wynika z fundamentu, którym jest chrześcijaństwo – przekonywał.

Całe szczęście, że mówił to na spotkaniu nikomu bliżej nieznanego stowarzyszenia, a nie w bombardowanym Kijowie. Inaczej polska dyplomacja znowu musiałaby się gęsto tłumaczyć.