Wczorajsza nerwowa wymiana niemalże obelg w mediach społecznościowych między Marcinem Mastalerkiem z Kancelarii Prezydenta a byłą premier Beatą Szydło nie była przypadkowa. W tle tej „dyskusji” są oczywiście lukratywne posady posłów do Parlamentu Europejskiego.
Duda zaangażował się bowiem w popieranie Wojciecha Kolarskiego. Od lat blisko związanego z Dudą. Kolarski, chociaż pochodzi z Krakowa startuje z Wielkopolski. A tam z kolei „swoich” kandydatów ma Beata Szydło.
Była premier pojechała wspierać kandydatów PiS, ale dziwnym trafem „zapomniała” poinformować o swojej wizycie Kolarskiego. I dlatego nie pojawił się on w jej otoczeniu.
– Nie dość, że Beata zaczęła przedstawianie kandydatów od Marleny Maląg, to jak w końcu doszła do Wojtka, to powiedziała, że łączy ją z nim jedna rzecz: oboje są Krakowa. Powiedziała to w Koninie do lidera listy w Wielkopolsce. Nic dziwnego, że Andrzej się wściekł, bo odebrał to bardzo osobiście – podkreślił informator portalu Interia. – Przecież Marcin Mastalerek napisał, co napisał, nie bez powodu – dodał.
„Andrzej się wściekł” – chcielibyśmy to zobaczyć. Chociaż to smutne, że prezydent dostał furii w chwili, kiedy aparat PiS torpeduje zdobycie ciepłej posadki przez jego pupila. A nie nie dostawał jej przez lata, kiedy Kaczyński łamał prawo w Polsce.
No, ale to kwestia ważności celów prezydenta.











