Antoni Macierewicz, dawny guru teorii spiskowych, ostatnio przeszedł sam siebie, zaliczając spektakularny odlot. Legalne i zgodne z prawem wejście policji do siedziby Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, które nie miało absolutnie nic wspólnego z żadnym atakiem, Macierewiczowi najwyraźniej pomyliło się z oblężeniem. Czy ten człowiek jest jeszcze w stanie odróżnić rzeczywistość od swoich paranoicznych wizji?
Macierewicz, z taką powagą, jakby relacjonował inwazję kosmitów, ogłosił, że policja „zaatakowała” Marsz Niepodległości. Serio? Policja weszła na miejsce legalnie, by sprawdzić sytuację, a on robi z tego scenariusz na thriller polityczny. Trzeba zapytać: czy Macierewicz w ogóle kontaktuje z rzeczywistością, czy już całkowicie odleciał na orbitę swoich urojeń?
To, co obserwujemy, to smutny upadek człowieka, który dawno przestał operować w sferze faktów. Każde działanie państwa, które nie zgadza się z jego chaotycznym światopoglądem, jest traktowane jak zamach. Czy to objaw demencji, czy może czegoś gorszego? Wiele osób zadaje sobie pytanie: czy Macierewicz nie powinien trafić raczej do psychiatry, a może nawet do więzienia za swoje nieodpowiedzialne wypowiedzi i podżeganie do niepokoju społecznego?
Przypomnijmy, że to nie pierwszy raz, kiedy Macierewicz widzi atak tam, gdzie go nie ma. Jego teorie o zamachach, spiskach i „zdradzieckich mordach” zdominowały polską scenę polityczną na wiele lat. A teraz, w podeszłym wieku, nadal tkwi w tym samym świecie fantazji. Tymczasem, co do rzeczywistości: policja weszła do siedziby Marszu Niepodległości legalnie. I tyle. Żadnych bomb, żadnych dramatycznych szturmów.
Może czas, aby ktoś z bliskiego otoczenia Macierewicza zasugerował mu spokojną emeryturę, z dala od polityki i mediów? A może więzienie lub psychiatryk? Przynajmniej Polska mogłaby odetchnąć, a sam Macierewicz nie musiałby się męczyć, widząc „zamachy” tam, gdzie po prostu ich nie ma.
