Wygląda na to, że w PiS-owskich mediach sprawy mają się tak źle, że desperacko żebrzą o prenumeratę i płatny dostęp. Trzeba przyznać – niezły upadek, kiedy nawet własny elektorat nie ma ochoty czytać propagandowych treści. W końcu, kto zapłaci za coś, co od lat można oglądać za darmo w codziennych wiadomościach? Wszyscy już wiedzą, że media te pełnią jedną, niezbyt prestiżową funkcję: wciskanie kitów prosto z Nowogrodzkiej.
Teoretycznie dostęp do treści „premium” ma kosztować tylko kilka złotych, ale… wygląda na to, że mało kto daje się na to nabrać. Płatny dostęp? Brzmi ambitnie, ale w praktyce, ile razy można czytać te same oklepane narracje o „zagranicznych agentach”, „nieudacznikach z opozycji” i wiecznych pochwałach dla wielkich sukcesów rządzących? Nawet zagorzali zwolennicy PiS zaczynają się nudzić, bo ileż można słuchać o wielkiej „zdradzie Tuska”?
Kiedy już trzeba wyciągać rękę po pieniądze od swoich czytelników, to znak, że rzeczywiście jest źle. PiS-owskie media zawsze mogły liczyć na darmową promocję ze strony telewizji publicznej i partyjnych bulwarówek, ale widocznie nawet to nie wystarcza, żeby utrzymać swoje „intelektualne” imperium przy życiu.
Zamiast tworzyć wartościowe treści, w PiS-owskich redakcjach postawiono na sprawdzony, choć niekoniecznie skuteczny plan: kasowanie za dostęp. Tyle że w tej branży, jeśli treść nie jest wartościowa, to i kasa nie popłynie. Więc pozostaje pytanie: kto miałby płacić za prenumeratę w mediach, których nikt nie chce czytać, nawet za darmo?










