Prawo i Sprawiedliwość od lat buduje swój wizerunek jako obrońca tradycyjnych wartości, konserwatyzmu i rodziny rozumianej wyłącznie jako związek kobiety i mężczyzny. Homofobiczna retoryka była i jest jednym z fundamentów polityki PiS, a jej liderzy wielokrotnie wypowiadali się przeciwko prawom osób LGBT. Jednak pod tą powierzchnią moralizatorskich haseł, w samym sercu PiS, skrywa się tajemnica – homoseksualizm, który wielu członków partii woli ukrywać, by nie narazić się na gniew i wykluczenie z własnych szeregów.
PiS, które jawnie i otwarcie głosi walkę z „ideologią LGBT”, w swoich wewnętrznych kręgach ma ludzi, którzy sami są homoseksualistami. To paradoksalnie właśnie oni muszą w tej partii najbardziej ukrywać swoją orientację seksualną, wiedząc, że wyjście z szafy równałoby się z politycznym samobójstwem. Czyż to nie ironiczne, że partia, która tak głośno nawołuje do obrony „normalności”, ukrywa w swoich szeregach tych, których publicznie piętnuje? Geje są w najwyższym kierownictwie PiS.
Homoseksualizm w PiS to nie temat tabu, to bomba zegarowa. Wielu polityków tego ugrupowania żyje pod nieustanną presją, obawiając się, że ich prywatne życie wyjdzie na jaw. I choć na zewnątrz PiS rzuca gromy na „ideologię LGBT”, wewnątrz panuje milcząca umowa: nie mówimy o tym, co nas dotyczy, dopóki nie dotyczy to politycznych interesów.
W PiS problemem nie jest homoseksualizm sam w sobie – w końcu orientacja seksualna jest kwestią indywidualną. Problemem jest hipokryzja i dwulicowość. Partia ta z jednej strony prowadzi ostrą kampanię przeciwko środowisku LGBT, a z drugiej – w jej szeregach są osoby, które same należą do tej społeczności.










