W piątek Onet poinformował, że polski minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski wycofał zaproszenie dla węgierskiego ambasadora na jedno z wydarzeń dyplomatycznych, tłumacząc, że „udział ambasadora w inauguracji nie jest przewidziany”. Powodem ma być udzielenie przez Węgry azylu posłowi PiS, Marcinowi Romanowskiemu.
Decyzja MSZ spotkała się z ostrą krytyką ze strony Prawa i Sprawiedliwości. Szef klubu PiS, Mariusz Błaszczak, nie krył oburzenia, zarzucając rządowi Donalda Tuska kompromitowanie Polski na arenie międzynarodowej.
– Węgry do końca ubiegłego roku miały prezydencję w Unii Europejskiej, a więc jeżeli tak decyduje Donald Tusk, to świadczy o tym, że nie przestrzega reguł również w skali europejskiej, nie tylko w skali ogólnopolskiej – podkreślił Błaszczak.
Zabawne, że o „kompromitacji Polski” grzmi polityk, którego partyjny kolega uciekł przed polskim wymiarem sprawiedliwości. I to do państwa, które szczyci się swoimi relacjami z putinowską Rosją.
A z drugiej strony warto się zastanowić, czy troska Błaszczaka o węgierskiego ambasadora jest przypadkowa? Naszym zdaniem nie za bardzo.










