Wyobraź sobie instytucję, która miała służyć prawdzie, a zamieniła się w magazyn politycznych haków. IPN – Instytut Pamięci Narodowej, kiedyś miejsce badawczej refleksji, dziś coraz częściej przypomina archiwum służb specjalnych ery PiS. A teraz pojawiają się doniesienia, że akta, które powinny być strzeżone jak tajemnice Watykanu, mogły zostać… nielegalnie skopiowane i wyniesione poza instytut. I to nie przez przypadek, a być może celowo – jako część politycznej gry w „mam na ciebie kwit”.
Tak działa zarządzanie przez strach – specjalność Jarosława Kaczyńskiego i jego ludzi. Chcesz lojalności? Daj teczkę. Chcesz milczenia? Pokaż akta. Ktoś się wychyla? Czas na przeciek. A IPN, zamiast być strażnikiem pamięci, staje się magazynem kompromatów gotowych do użycia. Tylko że teraz te kompromaty mogły wypłynąć poza kontrolę. Bo skoro coś da się skopiować – to się kopiuje. Skoro coś da się wynieść – to się wynosi. A jeśli nikt nie patrzy – to się jeszcze uśmiecha do kamery monitoringu.
Z ust osób znających kulisy działania instytutu padają niepokojące sygnały: akta były kopiowane, a kontrola nad nimi – delikatnie mówiąc – pozostawiała wiele do życzenia. Co to oznacza? Że ktoś gdzieś może mieć dziś dostęp do dokumentów, które powinny spoczywać wyłącznie w archiwach państwowych. Może trzyma je w sejfie, może w szufladzie, może właśnie pracuje nad selektywnym przeciekiem „dla dobra Polski”. A może po prostu trzyma je na pendrivie podpisanym „kompromaty 2023”.
Gdzie jest w tym wszystkim prokuratura? Dobre pytanie. Może warto sprawdzić, kto ostatnio spędzał za dużo czasu przy skanerze w IPN? Bo jeśli akta wyciekły – a wszystko na to wskazuje – to nie mamy do czynienia z drobną nieścisłością, ale z realnym zagrożeniem dla państwa prawa. No chyba że ktoś uważa, że państwo prawa to takie, w którym jedni mają dostęp do teczek, a inni mają siedzieć cicho.
Projekt cyfryzacja kluczem do kopiowania
PiS stworzył system, w którym kwity są ważniejsze niż prawo, lojalność ważniejsza niż uczciwość, a akta IPN – cenniejsze niż złoto. Problem w tym, że nawet najlepiej strzeżony sejf nie pomoże, jeśli w środku siedzą ludzie, którzy pilnują interesów PiS. A teraz, gdy akta mogły trafić w niepowołane ręce – pytanie brzmi nie „czy”, tylko kiedy zostaną użyte. I przeciw komu.










