Paweł Kapusta swego czasu napisał tekst, który miał być manifestem niezależności, a stał się przede wszystkim manifestem autoabsolucji. „Ja, syn Suwarta” to próba zbudowania legendy o redakcji, która po błędach przeszłości odrodziła się moralnie niczym feniks z popiołów. Jednak ta jego opowieść bardziej przypomina materiał PR-owy firmy próbującej wyjść z kryzysu wizerunkowego niż spokojną, merytoryczną odpowiedź na pytania o transparentność i zasady działania redakcji.
Kapusta nie przedstawia dokumentów, dowodów ani danych — przedstawia emocje, narrację i własne przekonania.
Najbardziej uderza ton tekstu, który od pierwszych zdań jest ofensywny i nacechowany poczuciem oblężonej twierdzy. Według Kapusty wszyscy, którzy formułują pytania o przeszłość WP, działają z „złą wolą”, a krytyka redakcji jest elementem „linczu” i „opluwania”. Taki język może jednoczyć własny zespół, ale z punktu widzenia odbiorcy z zewnątrz brzmi jak retoryka obronna. Gdy ktoś podkreśla swoją niezależność i czystość z taką intensywnością, trudno nie odnieść wrażenia, że bardziej walczy o wizerunek niż o prawdę.
W tekście Kapusty widoczny jest jeszcze jeden zabieg: bardzo chętnie i szczegółowo opisuje potknięcia małe, kontrolowane i bezpieczne — na przykład historię jednej pomyłkowej reklamy Funduszu Sprawiedliwości za cztery tysiące złotych. To idealna sytuacja do pokazania, że redakcja „wyciąga wnioski”. Jednocześnie najważniejsze, fundamentalne pytania o historyczne relacje między działem handlowym a redakcją, o procesy wewnętrzne, o przepływy reklam publicznych w latach, gdy WP była graczem walczącym o budżety instytucji państwowych — pozostają bez analizy. Najmocniejsze światło autor kieruje na sprawy, które sam chce oświetlić, starannie omijając te, które domagają się większej przejrzystości.
Cała konstrukcja publicystyczna opiera się na micie odrodzenia. Kapusta opisuje WP sprzed kilku lat jako organizację, która przeżyła wstrząs, przeprowadziła katharsis i wyszła z niego silniejsza, etyczna i czysta niczym szkło laboratoryjne. To atrakcyjna narracja, tyle że nie poparta szczegółami. Za dużo w niej deklaracji, za mało faktów. Za dużo emocji, za mało dowodów. Za dużo autopromocji, za mało pokory wobec trudnych pytań.
Najbardziej zastanawiający jest jednak finał tekstu, w którym redaktor naczelny WP zaczyna prowadzić personalną wojenkę z jednym z polityków, atakując go w tonie bardziej emocjonalnym niż merytorycznym. W felietonie o obiektywizmie i niezależności końcowe przerzucenie się na formę quasi-konfrontacji brzmi jak zaprzeczenie tezie, którą Kapusta próbuje obronić. Jeśli ktoś naprawdę wierzy w siłę własnego środowiska i jakość własnej redakcji, nie musi nikogo wzywać do rezygnacji z immunitetu w artykule, który miał być manifestem profesjonalizmu.
Paradoks tego tekstu polega na tym, że Kapusta opisuje redakcję, która nie musi niczego udowadniać, a jednocześnie sam pisze jak ktoś, kto desperacko próbuje udowodnić wszystko naraz. Mówi o przejrzystości, ale nie pokazuje konkretów. Mówi o niezależności, ale reaguje jak polityk w kampanii. Mówi o odejściu od błędów przeszłości, ale unika odpowiedzi na pytania o ich naturę i skalę.
Nie sposób nie zauważyć, że im głośniej ktoś krzyczy o własnej nieskazitelności, tym bardziej publiczność zaczyna się zastanawiać, skąd ta potrzeba krzyku. Felieton Kapusty nie jest więc opowieścią o sile redakcji — jest dowodem, że wciąż istnieje ogromna potrzeba kontrolowania narracji. Zamiast merytorycznego rozliczenia przeszłości dostaliśmy wzruszającą historię o moralnej przemianie i atak na tych, którzy mają czelność pytać.
Najciekawsze pytania pozostają więc bez odpowiedzi. A tekst „Ja, syn Suwarta” wybrzmiewa bardziej jak gorączkowa próba redefinicji historii niż chłodna analiza. I w tym właśnie tkwi problem: wybielanie zawsze zaczyna się od emocji. Tylko że prawdziwa transparentność zaczyna się od faktów.
W całym tym Suwartowym sosie zastanawia jeszcze jedno. Jak Paweł Kapusta czuje się z tym, że jego redakcja brała pieniądze przeznaczone dla ofiar przestępstw i publikowała cudowne opowieści o środowisku Ziobry.











