Są w polityce symbole, które mówią więcej niż setki programowych deklaracji. W Prawie i Sprawiedliwości takim symbolem stała się w tym roku… Wigilia. A właściwie jej brak. Trzy oddzielne spotkania świąteczne posłów jednej partii – oficjalne, półoficjalne i to, o którym „nie wolno mówić, że było Wigilią” – to obraz, który trudno zbyć jako medialną anegdotę. To diagnoza stanu ugrupowania, które jeszcze niedawno sprawowało pełnię władzy w państwie i marzy o jej odzyskaniu.
Bo jak poważnie traktować partię, która nie potrafi usadzić swoich liderów przy jednym stole, a jednocześnie przekonuje, że jest gotowa ponownie rządzić 38-milionowym krajem?
PiS przez lata budowało mit żelaznej dyscypliny, jedności i centralnego przywództwa. Dziś z tej konstrukcji zostały tylko dekoracje. Pod nimi toczy się brutalna wojna frakcyjna, w której nawet symboliczny gest wspólnoty – opłatek, kolęda, kilka godzin bez wzajemnych złośliwości – okazuje się niemożliwy. Zamiast tego mamy osobne spotkania, osobne narracje i osobne wersje rzeczywistości.
Na czele tego chaosu wciąż formalnie stoi Jarosław Kaczyński, polityk, który przez lata kontrolował partię twardą ręką. Dziś ta ręka wyraźnie drży – albo po prostu przestała sięgać tak daleko jak kiedyś. Jeśli prezes nie jest w stanie wymusić symbolicznej jedności we własnym klubie, to trudno uwierzyć, że byłby w stanie narzucić spójną wizję państwa w realiach pluralistycznej demokracji.
Jeszcze bardziej wymowna jest rola byłego premiera Mateusz Morawiecki. Polityk, który miał być twarzą „nowego PiS”, dziś funkcjonuje jak osobny biegun grawitacyjny. Wokół niego gromadzi się jedna frakcja, przeciwko niemu – druga. Zamiast refleksji nad błędami ośmiu lat rządów, mamy rozliczenia personalne, półoficjalne przecieki i demonstracyjne gesty, które mają pokazać: „my bez was też damy radę”.
Jednym z głównych aktorów tej wewnętrznej wojny jest Jacek Sasin, który z uporem zaprzecza faktom widocznym gołym okiem. Gdy media opisują trzecią, nieoficjalną wigilię jako element frakcyjnej rozgrywki, Sasin tłumaczy, że to było „posiedzenie zespołu programowego”. Nie było opłatka, nie było kolęd – ergo, problem nie istnieje. To myślenie magiczne: zmień nazwę, a rzeczywistość zniknie.
Ale rzeczywistość nie znika. Ona się kumuluje. I wraca w postaci pytania fundamentalnego: jak partia, która nie potrafi zarządzać własnym klubem parlamentarnym, chce zarządzać państwem? Jak ugrupowanie, w którym liderzy publicznie podważają swoje intencje, lojalność i przyszłość, może mówić o stabilności, bezpieczeństwie i odpowiedzialności?
PiS próbuje dziś przykryć kryzys retoryką „oblężonej twierdzy” i oskarżeniami wobec mediów. Problem w tym, że media nie organizują trzech wigilii. Media nie tworzą frakcji. Media nie zmuszają polityków do publicznego zaprzeczania temu, co widzą ich własni koledzy z ław sejmowych. To wszystko dzieje się wewnątrz partii – i to ona ponosi za to odpowiedzialność.
Wigilia, która miała być świętem wspólnoty, stała się w PiS metaforą rozpadu. A skoro nie ma wspólnoty przy stole, trudno oczekiwać jej w sprawach znacznie poważniejszych: budżetu, bezpieczeństwa, relacji międzynarodowych czy praworządności. Marzenie o powrocie do władzy brzmi w tej sytuacji jak polityczna fantazja oderwana od realiów.
Bo zanim zacznie się rządzić Polską, warto spróbować rządzić własną partią. A z tym, jak widać, PiS ma dziś zasadniczy problem.











