Kaczyński nie ma już decydującego głosu w swoim ugrupowaniu. Narasta bowiem proces, który jeszcze kilka lat temu wydawał się mało prawdopodobny. PiS traci spójność, a z zaplecza byłego obozu władzy płyną sygnały o przygotowaniach do powołania nowego ugrupowania politycznego, z którym do wyborów parlamentarnych w 2027 roku mają pójść Mateusz Morawiecki, Beata Szydło i Daniel Obajtek. To oznacza duże zaplecze finansowe i spore możliwości w terenie.
Kalkulacja Morawieckiego, Szydło i Obajtka jest prosta: pieniądze i rozpoznawalność mają dać im miejsca w Sejmie a jednocześnie odciąć ich od skrajnej brunatnej prawicy. Część polityków związanych wcześniej z rządem Morawieckiego nie kryje, że obecna oferta PiS nie trafia już do umiarkowanych wyborców, szczególnie z dużych miast, klasy średniej i elektoratu gospodarczego. To właśnie ten elektorat ma być kluczowy dla nowego projektu politycznego. Nowe ugrupowanie miałoby się odcinać się od retoryki konfrontacyjnej, akcentować kompetencje społeczne, gospodarcze i stabilność finansów publicznych, zachować konserwatywne wartości, ale bez radykalizmu obyczajowego i jasno dystansować się od skrajnej prawicy.
To kierunek, który Morawiecki sygnalizował już w czasie pełnienia funkcji premiera, zwłaszcza w wystąpieniach kierowanych do zagranicznych partnerów i środowisk biznesowych. Nowe ugrupowanie miałoby przejąć część dawnych wyborców PiS, którzy głosowali na partię ze względów ekonomicznych, akceptowali programy socjalne, ale nie agresywną narrację polityczną i obawiają się radykalizacji sceny politycznej w Polsce. I to ma sens.
Dla tej grupy PiS w obecnym kształcie staje się coraz mniej atrakcyjny, a alternatywy po prawej stronie sceny politycznej – zbyt skrajne. Na razie żadne z tych planów nie zostały oficjalnie potwierdzone. Otoczenie Mateusza Morawieckiego unika jednoznacznych deklaracji, podkreślając, że „analizowane są różne scenariusze”.











