Piotr Gliński, niegdyś profesor kulturoznawstwa i wicepremier odpowiedzialny za kulturę, dziś zdaje się jednym z głównych autorów nowego gatunku publicystyki politycznej: politycznej groteski. W swoim najnowszym wpisie w mediach społecznościowych porównał premiera Polski do wenezuelskiego dyktatora Nicolasa Maduro, sugerując, że Donald Tusk może w przyszłości podzielić jego los. Trudno o bardziej spektakularny przykład, jak daleko zaszła erozja języka i odpowiedzialności w obozie Prawa i Sprawiedliwości.
„Tusk odpowiada politycznie za tortury i łamanie praw człowieka przeciwników rządu, w tym kobiet i duchownych (…) Tak działają dyktatorzy. Tusk za to także odpowie” – napisał Gliński. To nie tylko zarzut skrajny, ale i całkowicie oderwany od rzeczywistości. W państwie, które – niezależnie od jego problemów – funkcjonuje w ramach Unii Europejskiej, z pluralistycznymi mediami i wolnymi wyborami, oskarżenia o „tortury” brzmią jak ponury żart. Albo jak świadoma strategia polityczna: im bardziej absurdalne porównanie, tym głośniejszy rezonans w bańce własnych zwolenników.
Gliński nie jest tu wyjątkiem, lecz częścią chóru. Redaktor naczelny Telewizji Republika, Tomasz Sakiewicz, zapytał prowokacyjnie: „Assad, Maduro… Tusk?”. Z kolei poseł PiS Mariusz Kamiński udostępnił zdjęcie prezydenta Wenezueli z komentarzem: „Zobacz @donaldtusk, jak kończą dyktatorzy”. W tej kakofonii nie chodzi już o krytykę rządu – ta jest w demokracji nie tylko dopuszczalna, ale konieczna – lecz o delegitymizację samej idei demokratycznej władzy, jeśli nie sprawuje jej „nasza” strona.
Styl tej narracji zdradza coś więcej niż tylko polityczną frustrację. To język oblężonej twierdzy, w której przeciwnik nie jest już rywalem, lecz tyranem, a każde działanie państwa – represją. PiS, które przez osiem lat sprawowało władzę, dziś zachowuje się jak ugrupowanie, które nie potrafi pogodzić się z rolą opozycji. Zamiast programu – apokaliptyczne wizje. Zamiast faktów – porównania do reżimów, w których opozycja naprawdę znika w więzieniach lub pod ziemią.
Odpowiedź Tuska była zaskakująco trzeźwa. „Przestali już wierzyć w swoją wygraną w demokratycznych wyborach, więc zaczęli się modlić o obcą interwencję w celu obalenia ‘dyktatury Tuska’. Niżej upaść nie można” – napisał premier. To celna diagnoza. Bo gdy politycy opozycji zaczynają snuć fantazje o cudzym upadku na wzór Assada czy Maduro, oznacza to, że utracili wiarę w podstawowe reguły gry.
Warto przypomnieć, że to właśnie rządy PiS były wielokrotnie krytykowane przez instytucje międzynarodowe za naruszanie praworządności, podporządkowywanie sądów władzy wykonawczej i presję na media. To za ich czasów mówiono o „pełzającym autorytaryzmie”. Dziś ci sami politycy z łatwością rzucają słowo „dyktatura” wobec następców, jakby pamięć polityczna miała długość jednego tweeta.
Problemem nie jest nawet to, że Gliński i inni politycy PiS ostro krytykują Tuska. Problemem jest to, że w tej krytyce porzucili jakiekolwiek proporcje. Gdy wszystko staje się dyktaturą, nic nią naprawdę nie jest. A polityka, zamiast być sporem o przyszłość kraju, zamienia się w groteskowy teatr strachu. I w tym sensie to nie Tusk, lecz jego oskarżyciele wystawiają sobie najmocniejsze świadectwo – świadectwo bezradności.











