Mateusz Morawiecki znów ostrzega. „Europa stoi nad przepaścią”, świat się zmienia, „Chiny, USA i Rosja walczą o dominację”, a odpowiedzią ma być „wizja” oraz autorski projekt byłego premiera – „gospodarcze NATO”. Brzmi to jak manifest na czasy przełomu. Problem w tym, że im dłużej słucha się tej opowieści, tym wyraźniej widać, iż jest ona bardziej marketingową narracją niż poważną diagnozą – i że autor przemilcza w niej własną odpowiedzialność za stan, który dziś tak chętnie opisuje.
Morawiecki ma rację w jednym: świat rzeczywiście się zmienia, a geopolityka wróciła do gry. Ale gdy mówi: „przez lata wierzyliśmy, że pokój jest wieczny, a dobrobyt gwarantowany”, trudno nie zapytać, kto konkretnie w Polsce tę wiarę pielęgnował. Przez osiem lat rządów Zjednoczonej Prawicy, z Morawieckim jako centralną postacią gospodarczą, a potem premierem, państwo było zarządzane w trybie permanentnego konfliktu z Unią Europejską. To nie Bruksela odsunęła Polskę od stołu decyzyjnego – to Warszawa wielokrotnie sama wstała i wyszła, trzaskając drzwiami.
W nagraniu słyszymy, że Unia traci konkurencyjność, bo „energia jest trzy razy droższa niż w Stanach Zjednoczonych”, przemysł ucieka do Azji, a „polityka klimatyczna dławi własną gospodarkę”. To wygodna narracja, bo winnych zawsze można wskazać na zewnątrz. Tyle że Morawiecki pomija fakt, iż Polska pod jego rządami nie przygotowała się do transformacji energetycznej, marnując czas i środki na obronę status quo. Gdy dziś straszy kosztami energii, zapomina dodać, że to jego obóz przez lata blokował realną modernizację, a inwestycje podporządkował doraźnym interesom politycznym.
Najbardziej efektownym elementem wystąpienia jest hasło „gospodarczego NATO” – „sojuszu, w którym Europa i USA wspólnie bronią nie tylko swoich granic, ale też swoich miejsc pracy, technologii i gospodarki”. Brzmi to ambitnie, lecz zarazem mgliście. Bo czym dokładnie ma być ten sojusz? Jak miałby funkcjonować obok już istniejących struktur handlowych i politycznych? I wreszcie: dlaczego autor tej koncepcji przez lata nie potrafił skutecznie budować zaufania z kluczowymi partnerami, skoro dziś apeluje o „wspólną obronę przed chińskim dumpingiem”?
Morawiecki mówi o „szantażu surowcowym” i potrzebie „bezpiecznych łańcuchów dostaw”. To ironiczne, zważywszy na fakt, że jego rząd długo ignorował ostrzeżenia dotyczące uzależnienia od rosyjskich surowców, a decyzje dywersyfikacyjne często zapadały późno i w atmosferze chaosu. Retoryka o wizji przyszłości nie zastąpi konsekwentnej polityki – a tej właśnie brakowało.
Końcowe zdanie nagrania – „tylko razem możemy wygrać wyścig o przyszłość” – brzmi jak banał z prezentacji motywacyjnej. Razem, czyli jak? Z kim? Z tymi samymi europejskimi partnerami, których jeszcze wczoraj oskarżano o spiski i zdradę interesów narodowych? Morawiecki chce dziś uchodzić za męża stanu, który ostrzega i wskazuje drogę. Ale bez uczciwego rozliczenia własnych decyzji jego wizja pozostaje pustym sloganem.
Europa nie stoi nad przepaścią dlatego, że zabrakło wielkich słów. Stoi tam raczej dlatego, że zbyt długo politycy – w tym Morawiecki – zastępowali realną współpracę efektowną retoryką. A z przepaści nie wyciąga się kontynentu hasłami, lecz zaufaniem, konsekwencją i odpowiedzialnością. Tych elementów w opowieści byłego premiera wciąż wyraźnie brakuje.











