PiS stracił busolę w polityce zagranicznej. Antyunijna retoryka i pro-Trumpowskie inklinacje już nie działają – a Grenlandia to pokazuje.
Polityka zagraniczna to, jak podkreślają eksperci, sztuka wielowymiarowego sterowania, w której liczy się nie tylko opowiadanie się po czyjejś stronie, lecz przede wszystkim trafne odczytywanie trendów, sojuszy i interesów narodowych. Tymczasem Prawo i Sprawiedliwość, zdaje się tracić orientację w tym gąszczu współczesnych uwarunkowań. Jego antyunijne zacięcie i romantyczne zapatrzenie w sojusz z Donalda Trumpa – niegdyś gorącym mitem prawicowych strategów – coraz wyraźniej odbija się echem w próżni, a ostatnie wydarzenia wokół Grenlandii ukazują to w dramatycznym świetle.
PiS przez lata budowało narrację, w której Unia Europejska była dla Polski bardziej przeszkodą niż partnerem strategicznym, a prawdziwe oparcie w polityce międzynarodowej miały dawać relacje transatlantyckie – w szczególności z konserwatywnymi kręgami zza Atlantyku. W praktyce ta retoryka często przykrywała realne interesy: europejskie instytucje są najważniejszym rynkiem handlowym dla naszego kraju, a partnerstwo z USA – choć kluczowe – nie jest możliwe bez silnych i stabilnych relacji z Europą. Tymczasem PiS premiował retorykę konfliktową, flirtując z myślą o geopolityce „tylko my i Ameryka przeciw reszcie świata”, co w obliczu zmieniających się realiów zaczyna wyglądać jak polityczna błazenada.
A realia te są bardziej skomplikowane niż kiedykolwiek. Po powrocie Donalda Trumpa do Białego Domu świat znów usłyszał o jego ambicjach wobec Grenlandii – autonomicznej części Królestwa Danii, w postaci otwartej sugestii, że Stany Zjednoczone powinny ją „posiadać” lub przynajmniej zdominować strategicznie. Trump groził nawet cłami na europejskich sojuszników, w tym na Danię, Wielką Brytanię, Niemcy i inne kraje UE, dopóki nie zgodzą się na jego plan kontroli nad arktyczną wyspą – a jeśli nie, miał być to argument „dla bezpieczeństwa USA” i ich partnerów w NATO.
Tego typu postawy – agresywne, jednostronne, nie liczące się z suwerennością państw trzecich – podważyły zaufanie nawet wśród najbliższych sojuszników Stanów Zjednoczonych. Duńscy i grenlandzcy politycy jednoznacznie odrzucili propozycje USA, podkreślając, że Grenlandia „nie jest na sprzedaż” i pozostaje integralną częścią Królestwa Danii. Co więcej, państwa europejskie zaczęły nawet wzmacniać swoją obecność wojskową w regionie, wysyłając oddziały NATO, by pokazać solidarność wobec Danii i sprzeciw wobec unilateralizmu Waszyngtonu.
W tej sytuacji retoryczne okołotransatlantyckie uśmiechy PiS brzmią jak echo minionej epoki. W Warszawie politycy od Kaczyńskiego często operowali uproszczonym podziałem świata na „my – wartościowi konserwatyści” versus „oni – liberalna Europa”, traktując relacje z USA jako klucz do bezpieczeństwa Polski. Tymczasem sama administracja USA – niezależnie od osoby prezydenta – nie jest instytucją jednorodną, a Trump dziś pokazuje, że interesy geopolityczne USA nie zawsze pokrywają się z interesami Polski czy Europy. USA w kwestii Grenlandii pokazały, że priorytetem jest własna gra strategiczna w Arktyce, a nie solidarna współpraca z partnerami czy przestrzeganie zasad sojuszniczych.
Co więcej, w odpowiedzi na eskalację wokół Grenlandii europejscy liderzy – w tym brytyjski premier Keir Starmer – wydali wspólne oświadczenia potępiające groźby taryfowe i podkreślając, że sojusz powinien opierać się na dialogu, a nie groźbach. Taki gest solidarności pokazuje, że UE jest dziś nie tylko rynkiem, ale aktywnym partnerem politycznym, który potrafi utrzymać własną narrację bezpieczeństwa i autonomii strategicznej wobec USA.
Co z tego dla Polski wynika? Przede wszystkim to, że jednokierunkowe zaufanie do Trumpowskich sojuszy nie jest receptą na skomplikowaną rzeczywistość XXI wieku. Jeżeli PiS chce odzyskać sensowną pozycję w polityce zagranicznej, musi porzucić uproszczenia i zrozumieć: świat nie dzieli się na „my kontra Bruksela”, a sojusze nie są gwarancją bezpieczeństwa tylko dlatego, że wygodnie brzmią retorycznie.
Retoryka antyunijna może kiedyś zyskała echo wśród części elektoratu, ale obecnie – wobec realnych sporów o przyszłość UE, NATO i relacje transatlantyckie – polskie interesy leżą w Europie i w mądrym balansowaniu między partnerami, a nie w ideologicznym postrzeganiu świata. A odrobina geopolitycznego realizmu mogłaby oszczędzić Polsce upokorzeń polegających na bezkrytycznym kopiowaniu cudzych błędów. PiS stracił busolę — dziś kraj potrzebuje bardziej kierunku, a nie tylko gorącej retoryki.
