Zbigniew Ziobro od lat funkcjonuje w polskiej polityce jako postać dramatyczna: zawsze osaczony, zawsze atakowany, zawsze na pierwszej linii frontu w walce z „układem”. W ostatnich wystąpieniach przekroczył jednak kolejną granicę — nie tylko retoryczną, ale wręcz psychologiczną. W rozmowie z „Do Rzeczy” na YouTube ogłosił bowiem, że jest głównym celem „zdeprawowanej, przestępczej władzy”, która chce go „cywilnie, politycznie zabić”.
„Głównym celem tej zdeprawowanej, przestępczej władzy, jednak jestem ja. (…) Oni chcą w tym sensie cywilnym, politycznym, na pewno mnie zabić” – mówi Ziobro z powagą, jakby opisywał scenariusz thrillera politycznego, a nie własne problemy prawne.
Problem w tym, że nikt na Ziobrę nie „poluje”. Nikt nie organizuje na niego zamachu, nikt nie wysyła tajnych służb, by go „wyeliminować”. Istnieją natomiast bardzo konkretne, udokumentowane postępowania, kontrole i pytania o odpowiedzialność za sposób sprawowania władzy w czasach, gdy był ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym. I to właśnie ten banalny fakt Ziobro próbuje przykryć narracją o wielkim spisku.
Ziobro buduje swój przekaz na klasycznym mechanizmie politycznego mesjanizmu: jeśli ktoś się mną interesuje, to znaczy, że jestem ważny; jeśli prokuratura stawia pytania, to znaczy, że to zemsta; jeśli media krytykują – to kampania nienawiści.
„Nie bez znaczenia jest fakt, że ci ludzie chcieliby mnie wyeliminować z życia politycznego, bo obawiają się mojego powrotu” – przekonuje były minister.
W rzeczywistości jego „powrót” nikogo szczególnie nie przeraża. Ziobro nie jest dziś ani liderem obozu prawicy, ani postacią zdolną samodzielnie kształtować scenę polityczną. Jest raczej politykiem z przeszłości, obciążonym decyzjami, które teraz — w normalnych warunkach państwa prawa — podlegają ocenie.
Ziobro myli dwie rzeczy: polityczne prześladowanie z odpowiedzialnością prawną. A to zasadnicza różnica. Pierwsze jest wymysłem autokratycznych reżimów. Drugie jest fundamentem demokracji.
Kulminacją tej narracji jest decyzja o przyjęciu azylu na Węgrzech. Ziobro tłumaczy ją „brakiem elementarnej gwarancji uczciwego procesu w Polsce”. Mówi o „kryptodyktaturze”, „bezprawiu” i „instrumentalizacji sądów”.
„Organa wymiaru sprawiedliwości są tak naprawdę instrumentem władzy politycznej, która chce realizować swoje cele m.in. poprzez zemstę na mnie” – twierdzi.
To szczególnie ironiczne, gdy wypowiada je człowiek, który przez lata sam podporządkowywał prokuraturę władzy politycznej, wymieniał prezesów sądów, tworzył Izbę Dyscyplinarną i otwarcie atakował sędziów. Ziobro nie jest ofiarą systemu. Jest jednym z jego architektów.
Uciekając na Węgry, nie uciekł przed „reżimem”, lecz przed konsekwencjami własnych decyzji. Azyl nie jest tu gestem odwagi, ale polityczną zasłoną dymną.
Najbardziej uderzające w wypowiedziach Ziobry jest jednak jego przekonanie o własnej wyjątkowości. On naprawdę wierzy, że bez niego świat polityki się zawali, że jest tak groźny dla przeciwników, iż muszą go „zlikwidować”.
„Mógłbym być niebezpiecznym przeciwnikiem, gdyby oni stracili władzę” – mówi z pełną powagą.
To klasyczny syndrom polityka, który zbyt długo był u władzy: zaczyna mylić państwo z samym sobą. Każdą krytykę traktuje jak zamach, każde śledztwo jak prześladowanie, każdą kontrolę jak spisek.
Tymczasem prawda jest znacznie mniej spektakularna: Ziobro nie jest ofiarą polowania. Jest politykiem z bardzo konkretnym bagażem decyzji, który musi się z nimi zmierzyć. Nie na Węgrzech, nie w mediach sprzyjających, nie w narracji o „kryptodyktaturze”, lecz w normalnym, demokratycznym państwie prawa.
I właśnie tego najbardziej się boi. Nie „zamachu”. Nie „eliminacji”. Tylko tego, że po raz pierwszy ktoś zapyta go nie o intencje, ale o odpowiedzialność.











