Jeszcze niedawno Zbigniew Ziobro lubił mówić o sobie jak o ostatnim strażniku porządku, który samotnie stawia opór „układowi” i „elitom”. Jego publiczne wystąpienia były agresywne, ale wewnętrznie spójne: świat dzielił się na dobrych i złych, winnych i ściganych, patriotów i zdrajców. Dziś ta opowieść wyraźnie się kruszy. Zamiast pewności siebie pojawia się nerwowość, zamiast argumentów – potoki oskarżeń, a zamiast faktów – coraz bardziej fantastyczne konstrukcje.
Najnowszy wpis Ziobry, opublikowany po węgiersku i skierowany do lidera tamtejszej opozycji Petera Magyara, jest tego najlepszym przykładem. Były minister sprawiedliwości pisze: „Węgry nie ukrywają ‘poszukiwanych przestępców’, lecz chronią osoby ścigane przez przestępców”. Już to jedno zdanie pokazuje skalę odwracania znaczeń. Ziobro nie polemizuje z zarzutami, lecz redefiniuje pojęcia: przestępcy to nie ci, wobec których toczą się postępowania, lecz ci, którzy je prowadzą.
Dalej jest jeszcze ostrzej – i jeszcze mniej przekonująco. „Ani ja, ani minister Marcin Romanowski nigdy nie popełniliśmy żadnego przestępstwa i nigdy nie zostaliśmy za nic skazani” – pisze Ziobro, jakby brak prawomocnego wyroku miał zamykać dyskusję o politycznej odpowiedzialności. To retoryka dobrze znana z jego wcześniejszych wystąpień, ale dziś brzmi ona bardziej jak obrona w panice niż triumfalne oświadczenie.
Nerwowość przebija szczególnie wtedy, gdy Ziobro sięga po wielkie teorie spiskowe. „Donald Tusk – namaszczony przez Ursulę von der Leyen – odegrał kluczową rolę w stworzeniu struktury przestępczej złożonej z jego najbliższych przyjaciół i współpracowników” – pisze były prokurator generalny. W jednym zdaniu pojawia się więc Donald Tusk, Ursula von der Leyen i bliżej nieokreślona „struktura przestępcza”. To już nie argumentacja, lecz publicystyczny strumień świadomości, w którym każdy przeciwnik musi zostać wpisany w jedną, złowrogą całość.
Ziobro idzie dalej, wyliczając rzekome kwoty defraudacji i podkreślając, że jako prokurator generalny „nadzorował również sprawy, w których łapówki rzekomo trafiały do samego Donalda Tuska”. Słowo „rzekomo” pojawia się tu nieprzypadkowo – jak bezpiecznik, który ma chronić autora przed odpowiedzialnością. Jednocześnie całość brzmi jak próba odzyskania dawnej pozycji: Ziobro chce znów być tym, który „wie”, „nadzoruje” i „rozlicza”. Problem w tym, że nie ma już ani władzy, ani instytucjonalnego zaplecza, które nadawałoby jego słowom realną wagę.
Szczególnie uderzające jest to, jak były minister definiuje własne „przestępstwo”. „Moim ‘przestępstwem’ jest rzekomo to, że Ministerstwo Sprawiedliwości (…) działało zgodnie z prawem i przeznaczyło środki na nowoczesny sprzęt” – pisze Ziobro. To klasyczny chwyt retoryczny: uprościć zarzuty do absurdu, a następnie je obśmiać. Tyle że ta strategia działa tylko wtedy, gdy odbiorcy jeszcze wierzą w dobrą wolę autora. Dziś coraz częściej widzą w niej unik.
Kulminacją wpisu jest polityczno-ideologiczna tyrada o rządach Tuska, zadłużeniu, migrantach, Niemcach, małżeństwach jednopłciowych i upadającej ochronie zdrowia. To już nie polemika z konkretnym węgierskim politykiem, lecz desperacka próba opowiedzenia całego świata na nowo – tak, by wszędzie znaleźć potwierdzenie własnej niewinności. Gdy Ziobro kończy słowami wdzięczności wobec Viktor Orbán, łatwo odnieść wrażenie, że bardziej niż o Polskę chodzi mu dziś o znalezienie politycznego azylu – symbolicznego i dosłownego.
Im dłuższy jest ten wywód, tym wyraźniej widać, że Ziobro mówi coraz mniej przekonująco. Podnosi głos, mnoży oskarżenia, sięga po coraz ostrzejsze metafory. To klasyczny objaw utraty kontroli nad własną narracją. Gdy argumenty przestają wystarczać, zostaje tylko nerwowość. A ona rzadko bywa dobrym doradcą – zwłaszcza dla polityka, który przez lata budował swój wizerunek na sile i nieustępliwości.











