Karol Nawrocki uważa, że Donald Trump nie obraził Polaków i nie obraził polskiego wojska. To wstrząsająca teza, zwłaszcza w świecie, w którym obraza nie jest już kwestią treści, lecz relacji sił. Anglicy potrafili wymusić przeprosiny, bo ich klasa polityczna – ponad podziałami – uznała, że granica została przekroczona. U nas Nawrocki się boi Trumpa. Jest tchórzem.
W Wielkiej Brytanii nikt nie zastanawiał się, czy wypada się nie obrazić. Tam politycy uznali, że jeśli padają słowa deprecjonujące sojusznika, trzeba reagować. Reakcja była prosta: przeprosiny albo konsekwencje. U nas zaś słyszymy, że „nic się nie stało”. Bo przecież nie chodzi o to, co zostało powiedziane, tylko kto mówi i komu.
Uzurpator Nawrocki przekonuje, że Trump nie obraził Polaków, bo – jak można się domyślać – obrażać mogą tylko równych sobie. A skoro u nas jest ktoś, kto drży na samą myśl o niezadowoleniu amerykańskiego lidera, to obraza przestaje być obrazą, a staje się „nieporozumieniem”. W tej logice nie trzeba przepraszać kraju, który sam rezygnuje z godności w imię politycznego bezpieczeństwa.
Najbardziej gorzka jest jednak puenta wojskowa. Bo mówimy o słowach, które dotykają naszych żołnierzy – ludzi w mundurach, których wysyła się na misje, fotografuje przy flagach i stawia na plakatach. Gdy jednak przychodzi moment, by upomnieć się o elementarny szacunek wobec nich, nagle słyszymy, że „to nie było obraźliwe”. Że „tak trzeba rozumieć kontekst”. Że „nie ma co psuć relacji”. Miało być murem za polskim mundurem, a okazało się że Nawrocki to człowiek tchórz.











