Gdy Mariusz Błaszczak ogłasza, że właśnie odkrył „ustawianie procesów sądowych”, trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z nową odsłoną tej samej politycznej specjalizacji: były szef MON, dawniej minister spraw wewnętrznych, dziś przewodniczący klubu PiS, nagle występuje w roli eksperta od procedur sądowych. Nikt wcześniej nie wiedział, że zna się również na prawie procesowym. Ale w PiS to akurat nic nadzwyczajnego – każdy może być specjalistą od wszystkiego, zwłaszcza gdy chodzi o obronę własnych ludzi.
Tym razem chodzi o sprawy byłego wiceministra sprawiedliwości Marcina Romanowskiego oraz dotacje dla Fundacji Profeto z Funduszu Sprawiedliwości. Błaszczak zapowiedział złożenie zawiadomienia do prokuratury w sprawie rzekomego „ustawiania procesów sądowych przy przydziale sędziów i ławników”. We wpisie na platformie X grzmiał, że PiS nie pozwoli na „skandaliczne manipulacje” i że doszło do „jawnego łamania prawa i nadużycia władzy”.
Retoryka jest znajoma: zawsze, gdy sprawa dotyczy polityków PiS, narracja musi być jedna – to nie oni są podejrzani, tylko państwo jest podejrzane. To nie prokuratura prowadzi śledztwo, tylko „prześladuje”. To nie sąd rozpatruje wniosek, tylko „ustawia skład”. Wersja Błaszczaka brzmi jak podręcznikowy przykład politycznego odwracania ról.
„Ręcznie wybierano wygodnego sędziego zamiast losowania” – napisał Błaszczak o sprawie Romanowskiego, porównując sytuację do „podmiany sędziego sportowego przed meczem”. Metafora efektowna, ale raczej publicystyczna niż prawnicza. Zwłaszcza że przez osiem lat rządów PiS nikt z obozu władzy nie miał problemu z ręcznym sterowaniem Krajową Radą Sądownictwa, masowym awansowaniem „swoich” sędziów czy wymianą prezesów sądów decyzją ministra. Wtedy losowość i bezstronność nie były tematem konferencji prasowych.
Jeszcze ciekawsza jest nagła wrażliwość Błaszczaka na los ławników. „Podmiana ławników poza prawem” – alarmuje były minister obrony, opisując sprawę Funduszu Sprawiedliwości. „To jak wymiana połowy składu sędziowskiego tuż przed ogłoszeniem wyroku – absolutny skandal” – pisze, wchodząc w ton niemal obrońcy konstytucji. Ten sam polityk, który przez lata głosował za ustawami demolującymi pozycję sądów, dziś nagle występuje w roli strażnika „elementarnych zasad procesu”.
Kulminacją jest już zupełnie patetyczne zdanie: „Te działania to jawne łamanie prawa i nadużycie władzy”. I dalej: „Każdy obywatel powinien być sądzony przez niezależny, bezstronny sąd, a nie przez skład wybrany po znajomości”. Gdyby nie podpis, można by pomyśleć, że to fragment orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości UE, a nie wpis jednego z głównych architektów polityki PiS wobec wymiaru sprawiedliwości.
Problem polega na tym, że Błaszczak nie jest wiarygodnym krytykiem systemu prawnego w Polsce. Jego nagłe odkrycie standardów państwa prawa brzmi jak polityczny dowcip. Przez lata PiS budował narrację, że sądy to „kasta”, że sędziowie są „oderwani od społeczeństwa”, że wymiar sprawiedliwości trzeba podporządkować „woli suwerena”. Dziś, gdy te same sądy zajmują się sprawami ludzi z obozu PiS, nagle stają się świętością.
W konferencji prasowej poseł Michał Wójcik dorzucił jeszcze więcej: „Wszystko jest ustawką, jest manipulowane i ustawiane, bo składy sędziowskie mają być takie, jak władza chce, a nie takie, jak algorytm chce”. To zdanie brzmi jak niezamierzona autocharakterystyka epoki rządów PiS. Różnica polega na tym, że wtedy „władzą” byli oni sami.
Błaszczak próbuje dziś występować w roli prawnika, komentatora procedur, strażnika bezstronności. Tyle że jego problem jest głębszy: nikt mu już w tej roli nie wierzy. Gdy polityk, który przez osiem lat demontował zaufanie do sądów, nagle odkrywa ich niezależność, nie jest to nawrócenie – to czysta panika. Panika ludzi, którzy po raz pierwszy od dawna muszą mierzyć się z systemem, którego nie kontrolują. I właśnie dlatego ta nagła miłość PiS do praworządności brzmi dziś bardziej jak groteska niż jak realna troska o państwo prawa.











