Zbigniew Ziobro od lat konsekwentnie buduje własną opowieść o świecie: jest w niej samotnym szeryfem, walczącym z „najgroźniejszą przestępczością”, otoczonym przez wrogów, którzy czyhają na jego życie, reputację i wolność. Decyzja Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa o zastosowaniu wobec niego tymczasowego aresztu idealnie wpasowała się w ten scenariusz. Były minister sprawiedliwości nie zareagował zdziwieniem ani refleksją, lecz natychmiast sięgnął po dobrze znany repertuar oskarżeń i wielkich słów.
„Myślę, że nikt się nie spodziewał innego rozstrzygnięcia niż te, które zapadło. Jestem osobą niewinną, zawsze działałem zgodnie z prawem” – oznajmił na antenie Telewizji wPolsce24. To zdanie mogłoby posłużyć za motto całej epoki Ziobry: absolutna pewność własnej niewinności połączona z przekonaniem, że instytucje państwa działają wyłącznie z pobudek politycznych. Sąd nie jest tu arbitrem, lecz narzędziem „zemsty”.
Ziobro mówi wprost: „Dzisiaj jest realizowana zemsta poprzez absurdalne zarzuty niczym z ‘Procesu’ Kafki”. Porównanie efektowne, choć dość ryzykowne. U Kafki bohater nie rozumie, o co jest oskarżony, bo system jest bezosobowy i opresyjny. W przypadku Ziobry mamy do czynienia z byłym prokuratorem generalnym, który przez lata sam kształtował ten system, ręcznie sterując prokuraturą i otwarcie lekceważąc standardy niezależności. Trudno o bardziej jaskrawy przykład ironii losu.
Były minister nie ogranicza się do obrony merytorycznej. Stawia się w jednym szeregu z ofiarami mafii, sugerując, że dziś ścigają go „groźni i niebezpieczni przestępcy. Politycy, których ścigałem za poważne defraudacje”. Padają nazwiska, padają wielkie kwoty, padają sugestie spisków. Pada też kluczowy argument: skoro środki miały trafić „na wozy strażackie, wyposażenie szpitali czy budowę ośrodka pomocy ofiarom przestępstw”, to sam fakt postawienia zarzutów musi być dowodem bezprawia. To retoryka, która ma rozbroić każdą krytykę: kto pyta o procedury, ten rzekomo sprzeciwia się dobru wspólnemu.
Najdalej idące oskarżenia Ziobro kieruje jednak pod adresem sądów. Pyta retorycznie, czy „tak zachowuje się ktoś, kto jest pewny dowodów”, sugerując „ustawianie sędziów pod orzeczenie z rażącym łamaniem prawa”. W jego narracji sędzia Agnieszka Prokopowicz nie tylko nie powinna orzekać w sprawie, ale wręcz dopuszcza się przestępstwa. To nie jest już krytyka konkretnej decyzji procesowej, lecz frontalny atak na niezależność władzy sądowniczej – kolejny zresztą w długiej karierze Ziobry.
Nieprzypadkowo na końcu tej opowieści pojawia się Donald Tusk. Ziobro zapewnia z „głębokiego przeświadczenia”, że sprawa zakończy się „klęską Tuska” i zapowiada przyszłe „rozliczenie tych wszystkich, którzy tego rodzaju kryminalne przedsięwzięcia organizują”. To klasyczna próba przeniesienia ciężaru z własnych problemów prawnych na wielką wojnę polityczną. Areszt nie jest tu środkiem zapobiegawczym, lecz elementem dziejowej batalii dobra ze złem.
Styl tej narracji jest znajomy: dramatyzowanie, personalizacja konfliktu, delegitymizowanie instytucji. Przez lata Ziobro skutecznie używał go jako minister sprawiedliwości. Dziś, gdy sam znalazł się po drugiej stronie barykady, ta sama retoryka brzmi jednak mniej jak obrona praworządności, a bardziej jak krzyk człowieka, który nie potrafi pogodzić się z myślą, że prawo – wreszcie – może dotyczyć także jego.











