W Prawie i Sprawiedliwości można było niemal usłyszeć zbiorowe westchnienie ulgi. Jarosław Kaczyński wyszedł ze szpitala. Prezes żyje, ma się – na tyle, na ile pozwala wiek i zdrowie – dobrze, a to oznacza jedno: walka o polityczną schedę po nim została odłożona w czasie. Nie rozwiązana, nie przepracowana, nawet nie nazwana. Po prostu odsunięta, jak niewygodny temat, do którego wróci się „kiedyś”.
Dla partii rządzonej od lat w sposób skrajnie scentralizowany zdrowie prezesa nie jest prywatną sprawą. Jest kwestią ustrojową. Jarosław Kaczyński nie jest bowiem jednym z liderów, lecz jedynym punktem odniesienia. Od jego decyzji zależą kariery, listy wyborcze, konflikty i ich wygaszanie. Gdy trafia do szpitala, w PiS nie uruchamia się procedura sukcesji – uruchamia się nerwowe milczenie.
Ulga po wyjściu Kaczyńskiego ze szpitala mówi o tej partii więcej niż setki deklaracji o „kolektywnym przywództwie”. W PiS nikt nie chce dziś otwarcie rozmawiać o przyszłości bez prezesa. Każdy wie, że taka rozmowa byłaby nie tylko politycznym ryzykiem, ale wręcz aktem nielojalności. A nielojalność w tej formacji bywa karana szybciej niż brak kompetencji.
To nie przypadek, że przez lata Kaczyński konsekwentnie osłabiał wszystkich potencjalnych następców. Każdy, kto wyrastał ponad przeciętną, był przycinany. Każdy, kto próbował budować własne zaplecze, słyszał, że „nie czas”. W efekcie PiS znalazło się w sytuacji paradoksalnej: jest partią masową, ale bez zaplecza przywódczego. Silną sondażowo, ale strukturalnie kruchą.
Kaczyński ponosi za to odpowiedzialność wprost. Zamiast zbudować mechanizm sukcesji, zbudował system osobistej zależności. Zamiast przygotować młodsze pokolenie do przejęcia sterów, nauczył je czekania na sygnał z góry. W tym sensie obecna ulga w PiS jest ulgą krótkowzroczną. Odsuwa kryzys, ale go nie rozwiązuje.
Problemem jest jednak nie tylko styl przywództwa prezesa, lecz także mentalność samej partii. Prawo i Sprawiedliwość przyzwyczaiło się do myślenia w kategoriach „jest Kaczyński – jest porządek”. Brak prezesa oznaczałby konieczność realnej polityki: negocjacji, kompromisów, sporów programowych. Tego PiS panicznie się boi. Wygodniej trwać w stanie zawieszenia, udając, że czas nie płynie.
Tymczasem płynie – i to szybko. Elektorat się zmienia, świat się zmienia, a partia zbudowana wokół jednego człowieka starzeje się razem z nim. Każdy kolejny sygnał o problemach zdrowotnych prezesa będzie wywoływał coraz większy niepokój. Każde „odetchnęli z ulgą” będzie jednocześnie przyznaniem się do słabości.
Ironia polega na tym, że PiS, które tak chętnie mówi o sile państwa, stabilności i bezpieczeństwie, samo nie potrafi zapewnić stabilności we własnych szeregach. A Kaczyński, polityk niewątpliwie wpływowy i konsekwentny, zostawi po sobie nie uporządkowaną spuściznę, lecz pole minowe. Partię, która nie wie, kim jest bez niego.
Wyjście prezesa ze szpitala odsunęło moment prawdy. Nie zmieniło jednak faktu, że ten moment nadejdzie. I im dłużej PiS będzie udawało, że problemu nie ma, tym bardziej bolesne okaże się zderzenie z rzeczywistością. Ulga dziś może oznaczać chaos jutro.











