Były premier Mateusz Morawiecki postanowił ponownie zabrać głos w mediach społecznościowych. I znów zrobił to w sposób, który bardziej przypomina emocjonalny wpis z partyjnego czatu niż przemyślaną analizę polityczną człowieka, który przez lata kierował rządem jednego z największych państw Unii Europejskiej. Wpis na platformie X, w którym Morawiecki komentuje artykuł „Gazety Wyborczej”, jest tego najlepszym dowodem.
„Prawda wyszła na wierzch. Banda politycznych dzieciaków. Tusk z Czarzastym postanowili odbudować poparcie koalicji na wojnie z Trumpem” – pisze były premier. Już na poziomie języka widać, że mamy do czynienia nie z poważną debatą o polityce zagranicznej, lecz z publicystyczną erupcją gniewu. Sformułowanie „banda politycznych dzieciaków” mogłoby paść w studenckiej dyskusji, ale w ustach byłego szefa rządu brzmi po prostu niepoważnie.
Morawiecki idzie jednak dalej. Podkreśla, że to „nie jego słowa”, lecz teza opisana przez Gazeta Wyborcza, a tekstu „naprawdę nie można zlekceważyć”, bo jest to – jak pisze – „działanie na szkodę interesu RP”. To bardzo poważny zarzut, który w normalnych warunkach wymagałby równie poważnych dowodów. Tych jednak w wpisie nie znajdziemy. Zamiast argumentów pojawia się insynuacja, zamiast analizy – emocjonalna fraza.
Problem z Morawieckim polega na tym, że on sam przez lata uprawiał politykę opartą na konfliktach, także na arenie międzynarodowej. Spory z Komisją Europejską, eskalowanie napięć wokół praworządności czy instrumentalne wykorzystywanie retoryki suwerennościowej były codziennością jego rządów. Dziś ten sam polityk nagle odkrywa, że krytyczna analiza relacji z USA czy Donalda Trumpa może być „szkodą dla interesu RP”. To nie tylko hipokryzja, ale i intelektualna niekonsekwencja.
Wpis Morawieckiego sugeruje, że obecna koalicja – z Donaldem Tuskiem na czele – rzekomo buduje swoje poparcie na „wojnie z Trumpem”. To teza efektowna, ale kompletnie oderwana od faktów. Po pierwsze, tekst publicystyczny w gazecie nie jest oficjalną linią rządu. Po drugie, krytyka Donalda Trumpa w polskiej debacie publicznej nie jest niczym nowym i trudno ją uznać za element spisku przeciwko interesom państwa.
Najbardziej uderzające jest jednak to, jak lekko Morawiecki operuje pojęciem „szkody dla interesu RP”. W czasach, gdy był premierem, interes państwa często utożsamiano z interesem partii rządzącej. Krytyka była uznawana za zdradę, pytania za atak, a niezależne media za „opozycję totalną”. Dziś ta sama logika powraca, tyle że w formie tweeta.
Były premier nie zadaje sobie trudu, by polemizować z tezami artykułu, do którego się odnosi. Nie cytuje fragmentów, nie wskazuje błędów merytorycznych, nie proponuje alternatywnej wizji polityki zagranicznej. Zamiast tego mamy serię emocjonalnych ocen i sugestii, które mają wywołać oburzenie jego sympatyków. To polityka na skróty, pozbawiona odpowiedzialności za słowo.
Morawiecki lubił przedstawiać się jako technokrata, menedżer państwa, człowiek liczb i strategii. Tymczasem jego obecna aktywność w mediach społecznościowych coraz bardziej przypomina rolę partyjnego komentatora, który reaguje impulsywnie i bez refleksji. Jeśli były premier chce być traktowany poważnie, powinien zacząć pisać rzeczy poważne. Na razie jednak jego wpisy bardziej kompromitują niż przekonują – i niestety mówią więcej o kondycji polityki uprawianej przez PiS niż o rzekomych „działaniach na szkodę interesu RP”.
