Na polskich uczelniach dzieje się dziś coś niepokojącego, choć opakowanego w znajomą, ugrzecznioną narrację. Prawo i Sprawiedliwość ogłasza bowiem start „akcji rozmów ze studentami”, reklamując ją hasłami otwartości, dialogu i troski o przyszłość młodego pokolenia. Brzmi niewinnie? Tylko na pierwszy rzut oka. Bo im dłużej słucha się tej opowieści, tym wyraźniej widać, że mamy do czynienia nie z debatą, lecz z kolejną odsłoną partyjnej ofensywy ideologicznej.
O nowej inicjatywie PiS poinformował europoseł Patryk Jaki, który w mediach społecznościowych ogłosił triumfalnie: „Zgodnie z obietnicą, z końcem sesji ruszamy z akcją rozmów ze studentami #zmiennaszezdanie!”. Celem ma być „odpowiedź na wszystkie pytania” oraz rozmowa „szczególnie z tymi, którzy się z nami nie zgadzają”. Pada też deklaracja brzmiąca jak cytat z podręcznika politycznego PR-u: „Młodzież to przyszłość Polski”.
Problem polega na tym, że PiS przez osiem lat swoich rządów zrobił wszystko, by tę przyszłość młodym ludziom obrzydzić. To partia, która podporządkowała edukację ideologicznym obsesjom, ręcznie sterowała programami szkolnymi i akademickimi, a krytyczne środowiska naukowe traktowała jak wroga. Dziś nagle ci sami politycy chcą występować w roli obrońców wolnej wymiany myśli. Trudno o większą hipokryzję.
Relacja Jakiego z przebiegu akcji jest zresztą sama w sobie wymowna. Europoseł twierdzi, że studenci reagowali „entuzjastycznie”, nawet jeśli – jak sam przyznaje – „nas nie lubią”. To ma dowodzić, że młodzi „tak widzą rolę uniwersytetów”. Kiedy jednak sprawa trafia do władz uczelni, obraz przestaje być tak czarno-biały. Połowa rektorów i dziekanów miała się zgodzić, połowa nie. A później, według Jakiego, do gry wkroczyły „mainstreamowe media”, które rzekomo „obdzwaniały i zastraszały” uczelnie, doprowadzając do wycofania zgód.
Ta narracja jest doskonale znana. PiS od lat buduje mit oblężonej twierdzy, w której każde „nie” ze strony niezależnych instytucji musi być efektem spisku, nacisku albo cenzury. Tymczasem znacznie prostsze wyjaśnienie brzmi: uczelnie nie chcą być areną partyjnej agitacji. Uniwersytet nie jest salą konferencyjną partii politycznej ani tłem do kampanii wizerunkowej. Ma prawo chronić swoją autonomię i akademicki charakter.
Warto też przypomnieć, że to właśnie politycy PiS – w tym Patryk Jaki – przez lata atakowali środowiska akademickie jako „oderwane od rzeczywistości”, „zideologizowane” i „lewackie”. Teraz ci sami ludzie oburzają się, że nie wszędzie witani są z otwartymi ramionami. To nie jest dialog, to jest próba narzucenia swojej obecności tam, gdzie nie ma na nią zgody.
Akcja „rozmów ze studentami” nie jest więc żadnym przełomem ani dowodem nowej otwartości PiS. To raczej kolejna próba odzyskania utraconego elektoratu młodych ludzi przy pomocy tanich sloganów i odwracania ról. Jeśli PiS naprawdę chce dialogu, powinien najpierw rozliczyć się z własnych działań wobec edukacji, nauki i wolności akademickiej. Bez tego wszystkie hasła o „przyszłości Polski” pozostaną tylko pustym cytatem na platformie X.
