Kolejny raz ta sama scena, kolejni ci sami bohaterowie i znów to samo zdanie, które w ostatnich latach powinno stać się stałym refrenem polskiej debaty publicznej: polityk Prawa i Sprawiedliwości ma kłopoty. Tym razem sprawa dotyczy Michała Wosia, byłego wiceministra sprawiedliwości, dziś posła, wobec którego prokuratura wystąpiła o uchylenie immunitetu. I choć PiS będzie próbował przekonywać, że to „polityczna zemsta”, dokumenty mówią coś zupełnie innego.
Wniosek o pociągnięcie Wosia do odpowiedzialności karnej trafił do marszałka Sejmu Włodzimierz Czarzasty z inicjatywy prokuratora generalnego Waldemar Żurek. Już sam ten fakt jest symbolem zmiany epoki. Żurek, przez lata atakowany przez obóz PiS jako „kastowy sędzia”, dziś stoi na straży elementarnej zasady: nikt nie jest ponad prawem, także poseł partii, która przez osiem lat władzy próbowała wmówić obywatelom coś dokładnie odwrotnego.
Jak czytamy w komunikacie Prokuratury Krajowej, podstawą wniosku są ustalenia zespołu śledczego badającego „legalność, zasadność i gospodarność działań podejmowanych w związku z zarządzaniem Służbą Więzienną”. To nie publicystyczne opinie ani medialne sensacje, lecz – jak podkreślono – „obszerny materiał dowodowy obejmujący osobowe źródła dowodowe oraz dokumentację”. Krótko mówiąc: papiery, decyzje, podpisy. I nazwisko Wosia pojawia się tam zbyt często, by dało się je zagłuszyć partyjną narracją.
Zarzuty są poważne. Prokuratura wskazuje na „przekroczenie uprawnień i niedopełnienie obowiązków” przez Wosia jako sekretarza stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości. Chodzi m.in. o zatrudnianie osób w Służbie Więziennej bez wymaganego naboru, nadawanie stopni oficerskich z naruszeniem prawa czy forsowanie awansów generalskich dla osób, które „nie spełniały ustawowych warunków do przedterminowego awansu”. To nie są drobne uchybienia proceduralne. To obraz państwa traktowanego jak prywatny folwark partyjny.
Szczególnie wymowny jest fragment dotyczący mianowania Zbyszka N. – osoby spoza Służby Więziennej – na stanowisko doradcy dyrektora generalnego, a następnie szefa Inspektoratu Wewnętrznego. Prokuratura opisuje ten ciąg decyzji wprost: „bezpodstawne wyrażenie zgody”, „polecenie wydania aktu mianowania”, „naruszenie warunków przyjęcia do służby”. To język suchy, urzędowy, ale jego sens jest jednoznaczny: prawo zostało nagięte, bo tak było politycznie wygodniej.
W tym kontekście postawa Waldemara Żurka zasługuje na jednoznaczne poparcie. To nie jest personalna krucjata, lecz próba odbudowy elementarnego zaufania do instytucji państwa. Żurek nie ocenia winy – od tego są sądy – ale konsekwentnie realizuje zasadę, że immunitet nie jest tarczą chroniącą przed odpowiedzialnością karną.
A Michał Woś? Zapewne usłyszymy jeszcze o „polowaniu na czarownice”, „represjach wobec opozycji” i „rozliczeniach motywowanych politycznie”. Tyle że to argumenty zużyte do granic śmieszności. Bo jeśli co kilka tygodni kolejny polityk PiS staje w obliczu zarzutów, to problemem nie jest prokuratura, lecz sposób sprawowania władzy przez tę partię.
Sprawa Wosia nie jest wyjątkiem. Jest kolejnym ogniwem długiego łańcucha, który pokazuje, jak bardzo PiS pomylił państwo z partyjną strukturą. A wniosek Żurka to sygnał, że ten łańcuch wreszcie zaczyna pękać. I dobrze. Bo demokracja zaczyna się tam, gdzie kończy się bezkarność.
