Są w polskiej polityce postacie, które znikają na dłużej, by pojawić się w chwili, kiedy wszysty mieli już nadzieję że bezpowrotnie odeszli z życia publicznego. Beata Kempa należy do tej kategorii. Jej najnowsza wypowiedź w obronie Roberta Bąkiewicza nie jest tylko reakcją na decyzję prokuratury. To starannie dobrany sygnał: „jestem”, „czuwam”, „wciąż gram”. I – co równie istotne – „wiem, komu się dziś przypodobać”.
Zarzuty wobec Robert Bąkiewicz, postawione po jego zeszłorocznym wystąpieniu na wiecu PiS, stały się wygodnym pretekstem do kolejnego aktu politycznego teatru. Bąkiewicz po wyjściu z prokuratury grzmiał: „Według prokuratury – (…) podżegałem publicznie do mordu na Donaldzie Tusku. To jest abstrakcja, my żyjemy w świecie ludzi, którzy powinni być leczeni psychiatrycznie”. W tej retoryce nic nowego – jest przesada, jest oskarżenie „systemu”, jest stygmatyzowanie przeciwników. Nowością jest to, kto i jak zdecydował się go wesprzeć.
Kempa w rozmowie z wPolityce.pl przekonuje, że „Żurek szaleje. Pewnie chce zadowolić swojego szefa”, a działania prokuratury mają służyć zastraszeniu krytyków władzy. W jej narracji państwo prawa zamienia się w aparat opresji, a Bąkiewicz – w ofiarę. Padają mocne słowa o „efekcie mrożącym” i „nadinterpretacji”. Problem w tym, że Kempa z premedytacją pomija sedno sprawy: brutalny, odczłowieczający język, który od lat normalizuje się na prawicy.
Przypomnijmy, że podstawą zarzutów są słowa o „chwastach” i „napalmie”, rzekomo metaforyczne, rzekomo niewinne. Prokuratura uznała je za nawoływanie do przemocy wobec konstytucyjnego organu państwa, czyli rządu z premierem Donald Tusk na czele. Kempa odpowiada: „Nie przypominam sobie, aby w wypowiedzi Roberta Bąkiewicza Tusk został w ogóle wymieniony”. To klasyczny chwyt: udawać, że sens wypowiedzi znika, jeśli nie padnie nazwisko. Jakby polityczna przemoc zaczynała się dopiero od dosłowności.
Ten głos nie jest przypadkowy. Kempa od dawna funkcjonuje na politycznym peryferium – formalnie doradczyni prezydenta, faktycznie komentatorka, która szuka ponownego miejsca w układance. W ostatnich miesiącach coraz wyraźniej widać, komu chce się przypodobać. Karol Nawrocki, dziś jedna z nadziei obozu prawicy, potrzebuje twardego zaplecza i lojalnych głosów. Obrona Bąkiewicza – symbolu radykalnego skrzydła – jest sygnałem wysłanym wprost: jestem gotowa stać po „właściwej” stronie.
Jest w tym także próba przypomnienia o własnym istnieniu. Kempa mówi językiem, który media znają i chętnie cytują. Atakuje „Żurkową prokuraturę”, straszy zemstą władzy, zestawia zarzuty z rzekomą cenzurą rodem z najgorszych czasów. To retoryka skrojona pod przekaz dnia, pod nagłówki, pod szybki obieg w mediach sympatyzujących z Prawo i Sprawiedliwość. Nawet ironiczne wtręty o tym, że „nawet TVN na to nie wpadł”, mają jeden cel: podbić emocje własnej publiczności.
Problem w tym, że ta strategia jest krótkowzroczna. Broniąc brutalnego języka w imię walki politycznej, Kempa dokłada cegiełkę do dalszej erozji debaty publicznej. I robi to nie z pozycji outsiderki, lecz osoby, która przez lata współtworzyła establishment. Dziś wraca, by znów ustawić się w świetle reflektorów. Pytanie tylko, czy wyborcy naprawdę potrzebują kolejnego przypomnienia, dokąd prowadzi taka gra.
