Poszukiwany listem gończym i ukrywający się na Węgrzech wiceprezes PiS, Zbigniew Ziobro lubił pokazywać siebie w roli bezkompromisowego strażnika prawa. Jako minister sprawiedliwości i prokurator generalny budował swój polityczny wizerunek na twardych deklaracjach: państwo musi być silne, prawo nie może być miękkie, a winni mają ponosić konsekwencje. Wielokrotnie podkreślał, że „uczciwi nie mają się czego obawiać”, a wymiar sprawiedliwości powinien działać szybko, stanowczo i bez taryfy ulgowej – także wobec osób publicznych. Dziś ten obraz zderza się z rzeczywistością
Wiceprezes PiS i były minister sprawiedliwości ukrywa się na Węgrzechi jest poszukiwany w związku z prowadzonymi postępowaniami. Zamiast stawić się przed prokuraturą i sądem, Ziobro wyjechał na Węgry, gdzie – jak sam twierdzi – szuka ochrony przed politycznymi prześladowaniami. To zachowanie stoi w jaskrawym kontraście z narracją, którą sam przez lata narzucał obywatelom.
Zarzuty wobec Zbigniewa Ziobry dotyczą przede wszystkim okresu, gdy skupiał w swoich rękach wyjątkowo dużą władzę: był jednocześnie ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym. Śledczy badają, czy w tym czasie nie dochodziło do nadużyć związanych z dysponowaniem środkami z Funduszu Sprawiedliwości, który w założeniu miał służyć ofiarom przestępstw. Wątpliwości dotyczą m.in. sposobu przyznawania dotacji, preferowania wybranych podmiotów oraz politycznego charakteru części decyzji finansowych.
No i mamy też cały szereg oskarżeń o nacisk na instytucje wymiaru sprawiedliwości, jak i o sposób, w jaki prokuratura była podporządkowana bieżącej logice politycznej. To właśnie te działania dziś wracają w postaci zarzutów, których ciężar jest nieporównywalny z retoryką „silnej ręki”, jaką Ziobro przez lata stosował wobec innych.
Najbardziej uderzający jest jednak finał tej historii. Polityk, który wielokrotnie podkreślał, że przed sądem nie należy uciekać, a odpowiedzialność jest fundamentem państwa, sam nie zdecydował się na konfrontację z organami ścigania w kraju. Zamiast tego wybrał wyjazd do państwa rządzonego przez politycznych sojuszników i narrację o prześladowaniach. To nie jest spór o intencje, lecz o fakty: gdy wymiar sprawiedliwości, który sam współtworzył, zaczął interesować się jego decyzjami, Ziobro zniknął z polskiej sceny instytucjonalnej.
Kontrast między deklaracjami a zachowaniem jest tu kluczowy. Jako minister sprawiedliwości Ziobro mówił o odpowiedzialności, sile państwa i nieuchronności kary. Jako polityk objęty śledztwami przyjął strategię ucieczki i politycznej narracji obronnej.
Niezależnie od tego, jak zakończą się postępowania, już dziś widać rozdźwięk między standardami, które narzucał innym, a tymi, które zastosował wobec siebie.
To właśnie ten rozdźwięk jest dziś najpoważniejszym problemem nie tylko dla samego Zbigniewa Ziobry, lecz także dla opowieści o „państwie prawa”, którą przez lata firmował swoim nazwiskiem i którą prowadził PiS.
A dziś w miejsce obrazu bezkompromisowego szeryfa pojawił się obraz polityka unikającego odpowiedzialności. I to nie jest kwestia moralnej oceny. Ludzie nie lubią hipokrytów.










