Kolejna miesięcznica katastrofy smoleńskiej i – jak w zegarku – kolejna awantura. Zamiast skupienia, ciszy i elementarnego szacunku dla ofiar tragedii z 10 kwietnia 2010 roku, znów dostaliśmy polityczny spektakl oparty na oskarżeniach, etykietach i retoryce oblężonej twierdzy. Ludzie Prawa i Sprawiedliwości, wierni linii wyznaczonej przez Jarosława Kaczyńskiego, po raz kolejny pokazali, że miesięcznica nie służy już pamięci, lecz podtrzymywaniu permanentnego konfliktu.
Plac Plac Piłsudskiego od lat jest areną tego samego rytuału. Politycy PiS składają kwiaty, wygłaszają przemówienia, a następnie – niemal z ulgą – wskazują wroga. Tym razem tę rolę ponownie przypisano „prowokatorom”, których obecność stała się dla partii nie tylko pretekstem, ale wręcz paliwem politycznym. Bez nich trudno byłoby uzasadnić emocjonalny ton wystąpień i kolejne oskarżenia pod adresem „obecnej władzy”.
Najdobitniej wyraził to Mariusz Błaszczak, który stwierdził: „Imperium rosyjskie zawsze – czy białe, czy czerwone, czy tak jak obecnie – putinowskie, śmiertelnie Polsce zagraża”. Trudno polemizować z tezą o agresywnej polityce Kremla. Problem polega na tym, że w narracji PiS każda krytyka, każdy okrzyk „kłamca”, każda forma sprzeciwu automatycznie staje się elementem „propagandy putinowskiej”. To retoryczny młot, którym partia uderza we wszystkich, którzy nie chcą uczestniczyć w jej wersji smoleńskiego mitu.
Błaszczak poszedł dalej, nazywając zakłócających uroczystości „barbarzyńcami” i dodając, że „wpisują się w propagandę imperialnej Rosji”. Takie słowa nie są przypadkowe. To język, który ma zdehumanizować oponenta i zamknąć dyskusję. Jeśli ktoś jest „barbarzyńcą”, nie trzeba z nim rozmawiać. Jeśli „służy Putinowi”, nie trzeba go słuchać. W ten sposób PiS od lat ucieka od niewygodnych pytań i odpowiedzialności za własną politykę.
PiS uczynił z kolejnych miesięcznic narzędzie partyjnej mobilizacji, a następnie z oburzeniem reaguje na fakt, że nie wszyscy chcą brać udział w tym spektaklu. Gdy Błaszczak mówi: „Nasze uroczystości są, jak co miesiąc, zakłócane”, pomija istotny szczegół: są zakłócane również dlatego, że od lat mają charakter wykluczający, zdominowany przez jedną narrację i jedną partię.
Jeszcze bardziej niepokojące są oskarżenia kierowane pod adresem rządu. „Tak się dzieje, gdyż pozwala im na to obecna władza” – stwierdził szef klubu PiS. To klasyczna strategia przerzucania winy: zamiast zastanowić się, dlaczego miesięcznice stały się areną konfliktu, PiS oskarża wszystkich dookoła o „rozzuchwalanie” przeciwników. Każdy, kto nie akceptuje tej narracji, zostaje wciągnięty do politycznego sporu, nawet jeśli przyszedł tylko zaprotestować przeciw zawłaszczaniu pamięci.
Nieobecność Kaczyńskiego – tłumaczona chorobą – nie zmieniła charakteru uroczystości. Jego linia została wiernie odtworzona przez partyjnych współpracowników. Smoleńsk znów posłużył jako symboliczna pałka, a nie moment refleksji nad tragedią, która powinna łączyć ponad podziałami. „Prawda zawsze zwycięża” – zakończył Błaszczak. To zdanie brzmi jak mantra powtarzana wbrew faktom, bo prawda nie zwycięża sama. Zwłaszcza wtedy, gdy jest zagłuszana przez krzyk, oskarżenia i kolejną polityczną pyskówkę.
PiS po raz kolejny pokazał, że nie potrafi – albo nie chce – wyjść z tego zaklętego kręgu. Miesięcznica smoleńska pozostaje dla partii narzędziem walki, a nie pamięci. I dopóki tak będzie, dopóty Plac Piłsudskiego będzie miejscem nie zadumy, lecz permanentnego sporu, w którym tragedia sprzed lat służy bieżącej polityce.
