Czasem więcej prawdy kryje się nie w dokumentach, lecz w sposobie, w jaki polityk próbuje się bronić. W ostatnich wypowiedziach Michała Wosia mamy do czynienia z klasycznym przykładem obrony nerwowej, chaotycznej i – co najważniejsze – wewnętrznie sprzecznej. To nie jest spokojne prostowanie zarzutów, lecz improwizacja człowieka, który sam nie wie, jaką linię argumentacji obrać.
Zacznijmy od tonu. Woś, pytany o wniosek o uchylenie immunitetu, nie odpowiada merytorycznie, lecz sięga po retorykę oblężonej twierdzy. „Zarzuty, które zobaczyłem w komunikacie prokuratury, są nielogiczne. To jakiś nietrzymający się całości bełkot” – mówi. Słowo „bełkot” ma tu przykryć brak konkretów. Nie dowiadujemy się, które elementy zarzutów są fałszywe, a które tylko niewygodne. Jest za to emocja, podniesiony głos i sugestia spisku.
W kolejnych zdaniach polityk PiS zdaje się sam gubić we własnej narracji. Raz twierdzi, że sprawa jest błaha i absurdalna, innym razem – że to dowód na poważne „represje polityczne”. Albo więc mamy do czynienia z drobiazgiem, który nie zasługuje na uwagę, albo z brutalnym prześladowaniem. Obie te wersje nie mogą być prawdziwe jednocześnie, a Woś próbuje je połączyć w jedną opowieść, która rozpada się przy pierwszym krytycznym spojrzeniu.
Najbardziej znamienne są jednak fragmenty, w których były wiceminister sprawiedliwości ucieka w ironię i insynuacje. „Gdyby to byli ludzie Tuska, to byłoby dobrze. Albo może powinienem pytać o zgodę ambasadę Niemiec, skoro minister sprawiedliwości nie może awansować?” – ironizuje. To klasyczny chwyt: zamiast tłumaczyć się z własnych decyzji, przerzucić dyskusję na emocjonalny grunt antytuskowy i antyniemiecki. Problem w tym, że taka strategia działa tylko wtedy, gdy wyborca zapomni o meritum sprawy. A meritum wciąż pozostaje niewyjaśnione.
Woś zapewnia też, że „absolutnie nie” ma sobie nic do zarzucenia w kwestii zarządzania Służbą Więzienną. Padają gładkie frazy o sprawnym zarządzaniu, inwestycjach i pracy dla więźniów. To opowieść sukcesu bez danych, liczb i odniesienia do konkretnych decyzji, które dziś są przedmiotem śledztwa. Polityk mówi, jakby liczył na to, że sama pewność siebie zastąpi argumenty.
Kulminacją tej obrony jest stwierdzenie: „To jest kolejny przypadek, gdy za zastosowanie prawa prześladują ludzi”. Wypowiedź brzmi efektownie, ale jest pusta. Każdy, kto rzeczywiście działał zgodnie z prawem, potrafi wskazać przepisy i procedury, a nie tylko deklarować swoją niewinność. Woś zamiast tego mnoży dygresje, personalne wycieczki i historyjki o zasługach funkcjonariuszy.
W efekcie otrzymujemy obraz polityka, który miota się między poczuciem krzywdy a demonstracyjną pewnością siebie. Jego wypowiedzi nie budują spójnej linii obrony, lecz ujawniają bezradność wobec faktu, że tym razem same hasła mogą nie wystarczyć. Jeśli to ma być najlepsza odpowiedź na zarzuty, to trudno oprzeć się wrażeniu, że Michał Woś bardziej wierzy w siłę retoryki niż w moc własnych argumentów.
