Wystąpienia Zbigniewa Ziobry coraz trudniej analizować w kategoriach zwykłej polemiki politycznej. To już nie spór o wizję państwa ani nawet brutalna walka partyjna. To narracja budowana na poczuciu permanentnego oblężenia, w której przeciwnik jest „watahą”, państwo – „bezprawiem i przemocą”, a każdy ruch instytucji publicznych dowodem na istnienie spisku. Rzeczywistość przestaje mieć znaczenie; liczy się tylko opowieść.
Ziobro mówi dziś językiem, który brzmi jak manifest człowieka przekonanego, że historia dzieje się wyłącznie przeciwko niemu. „Z tej drogi nie mają już powrotu. I Tusk, i jego wataha doskonale wiedzą, że ich działania to ciężkie przestępstwa” – stwierdził, odnosząc się do premiera Donalda Tuska. To nie jest argument, to oskarżenie rzucone w próżnię. Bez dowodów, bez konkretów, za to z językiem godnym politycznego pamfletu, a nie debaty publicznej.
W rozmowie z Frondą były minister sprawiedliwości poszedł jeszcze dalej. Przekonywał, że decyzje wymiaru sprawiedliwości wobec niego są motywowane politycznie, a rząd Tuska „postawił wszystko na jedną kartę i zaczął rządzić bezprawiem i przemocą”. Dalej padło zdanie, które brzmi jak zbiorowy akt oskarżenia wobec całego państwa: „Chce wyeliminować prawicę z rządzenia, zniszczyć wszystko, co nasze rządy zbudowały, prześladując nawet księży i kobiety z małymi chorymi dziećmi”.
To klasyczny zabieg retoryczny: maksymalne rozszerzenie pola konfliktu. Jeśli ktoś ściga Ziobrę – atakuje prawicę. Jeśli państwo działa – prześladuje najsłabszych. W tej wizji nie ma miejsca na elementarną możliwość, że prawo może po prostu działać. Każda decyzja, która dotyka byłego ministra, automatycznie staje się dowodem tyranii.
Ziobro buduje też personalną mitologię wroga. Twierdzi, że Tusk „zebrał wokół siebie straceńców jak Waldemara Żurka czy Romana Giertycha, którzy bez wahania wykonują jego przestępcze polecenia”. Waldemar Żurek i Roman Giertych pojawiają się tu nie jako realni aktorzy życia publicznego, lecz jako figury w teorii spisku, gdzie każdy ma przypisaną rolę i winę.
Najbardziej uderzający jest jednak ton osobistego mesjanizmu. W trakcie wywiadu Ziobro zwrócił się bezpośrednio do premiera: „Słyszysz? Nie zamilknę. Będę mówił głośno o kryciu kumpli przestępców, Donalda Tuska”. To już nie polityka, lecz manifestacja przekonania o własnej dziejowej misji. „Ta prawda zmiecie go z politycznej planszy” – zapowiada Ziobro, dodając, że „już nie tak długo przyjdzie czas na jego odpowiedzialność, karną odpowiedzialność”.
Problem polega na tym, że im bardziej Ziobro podkręca ton, tym mniej wiarygodnie brzmi. Jako były minister sprawiedliwości i prokurator generalny sam stworzył system, w którym język oskarżenia zastępował analizę faktów, a emocja – procedury. Dziś ten system obraca się przeciwko niemu, a on reaguje dokładnie tak, jak nauczał innych: krzykiem, stygmatyzacją i podważaniem instytucji.
Oderwanie od rzeczywistości widać w prostym kontraście: z jednej strony mamy konkretne działania państwa, z drugiej – opowieść o „watasze”, „przemocy” i „bezprawiu”, które nie znajdują potwierdzenia w faktach, lecz świetnie mobilizują polityczne zaplecze. To strategia znana, ale coraz mniej skuteczna. Bo gdy każdy przeciwnik jest przestępcą, a każdy wyrok – zamachem stanu, słowa tracą znaczenie.
Ziobro mówi coraz głośniej, ale coraz bardziej w próżnię. A im bardziej oddala się od realnych argumentów, tym wyraźniej widać, że to nie państwo traci grunt pod nogami – tylko on sam.
