Jeszcze niedawno Zbigniew Ziobro występował w roli surowego strażnika porządku. Zapowiadał bezwzględność wobec „przestępców w togach”, dyscyplinowanie sędziów i prokuratorów oraz państwo, w którym „nikt nie stoi ponad prawem”. Dziś to on sam staje się symbolem polityka, którego doganiają konsekwencje własnej wizji władzy – tyle że już bez sejmowej mównicy i ochronnego parasola ministerialnych wpływów.
Prokuratura wystąpiła do Sąd Okręgowy w Warszawie o wydanie Europejskiego Nakazu Aresztowania wobec byłego ministra. Wcześniej Sąd Rejonowy dla Warszawy-Mokotowa zdecydował o tymczasowym aresztowaniu Ziobry, wskazując na „ukrywanie się podejrzanego przed organami ścigania i wymiarem sprawiedliwości”. Następnie Prokuratura Krajowa ogłosiła poszukiwania listem gończym, a Komenda Stołeczna Policji opublikowała wizerunek i dane polityka. To nie jest już polityczna przepychanka. To twarda sekwencja decyzji procesowych.
Prokurator Przemysław Nowak nie owijał w bawełnę. Wskazał, że ENA „jest konieczne i proporcjonalne”, bo tylko w ten sposób można przeprowadzić czynności procesowe, w tym ogłoszenie zarzutów. A jest ich aż 26. „Żaden inny środek na tym etapie nie jest w stanie zapewnić prawidłowego dalszego toku postępowania” – podkreślił śledczy. Wśród zarzutów pojawiają się te najcięższe: założenie i kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą w resorcie sprawiedliwości oraz współudział w przywłaszczeniu środków z Funduszu Sprawiedliwości.
Ironia losu polega na tym, że Ziobro – twórca systemu, który miał przyspieszać i zaostrzać wymiar sprawiedliwości – dziś ucieka przed nim za granicę. Otrzymał ochronę międzynarodową i azyl polityczny na Węgrzech, gdzie władze w Budapeszcie uznały, że w Polsce grożą mu prześladowania polityczne. Argument znany i wyświechtany, szczególnie w ustach polityka, który przez lata powtarzał, że niezawisłe sądy to mit, a prawdziwa wola narodu realizuje się przez silną władzę wykonawczą.
Ziobro nie rezygnuje z retoryki oblężonej twierdzy. Twierdzi, że Donald Tusk „zebrał wokół siebie straceńców jak Waldemara Żurka czy Romana Giertycha, którzy bez wahania wykonują jego przestępcze polecenia”. Dodaje dramatycznie: „Z tej drogi nie mają już powrotu. I Tusk, i jego wataha doskonale wiedzą, że ich działania to ciężkie przestępstwa”. To język nie argumentów, lecz emocjonalnej mobilizacji resztek zaplecza. Oskarżenia rzucane na oślep, bez dowodów, za to z dużą dawką pogardy.
Problem Ziobry jest jednak głębszy niż bieżąca sprawa karna. Jego polityczny projekt – podporządkowanie prokuratury i sądów władzy politycznej – obraca się przeciwko niemu. Gdy instytucje działają, słyszymy krzyk o „prześladowaniach”. Gdy nie działają – oskarżenia o zdradę. To logika, która nie pozostawia miejsca na odpowiedzialność.
Coraz więcej kłopotów Ziobry nie wynika z zemsty politycznej, lecz z nagromadzenia faktów i decyzji z czasów, gdy prawo było narzędziem w rękach ministra. Dziś młot wraca, a kowadłem staje się europejski wymiar sprawiedliwości. I choć Ziobro próbuje opowiadać o spisku, rzeczywistość jest prozaiczna: państwo prawa – nawet nadwyrężone – upomina się o swoje. A to dla byłego ministra najboleśniejsza lekcja.
