Są w polityce momenty, w których linia podziału przebiega nie między partiami, lecz między państwem a partyjną grą. Decyzja prezydenta Karol Nawrocki o zwołaniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego z punktem dotyczącym rzekomych „wschodnich kontaktów towarzysko-biznesowych” marszałka Sejmu jest właśnie takim momentem. I nieprzypadkowo to Donald Tusk musiał przypomnieć rzecz oczywistą: RBN nie jest narzędziem politycznej nagonki.
– „Rada Bezpieczeństwa Narodowego nie jest instytucją do dyskutowania na temat tego, czy lubi się marszałka Sejmu” – powiedział premier. To zdanie brzmi banalnie tylko dla tych, którzy przez osiem lat rządów PiS przyzwyczaili się do instrumentalnego traktowania państwa. W normalnej demokracji instytucja taka jak RBN służy do rozmów o realnych zagrożeniach: wojnie, bezpieczeństwie energetycznym, sojuszach. Nie do insynuacji, które bardziej pasują do partyjnego briefingu niż do ważnego narzędzia działania państwa.
Na agendzie posiedzenia znalazły się sprawy poważne: program SAFE, pożyczka rzędu 185 miliardów złotych, zaproszenie Polski do Rady Pokoju powołanej przez prezydenta USA Donalda Trumpa. I właśnie na tym tle próba wciągnięcia do obrad osobistych podejrzeń wobec marszałka Sejmu Włodzimierz Czarzasty wygląda jak celowa prowokacja. Tusk nie krył zdziwienia: mówił o punkcie „niestandardowym”, który „wprawił w osłupienie opinię publiczną”.
Prezydent Nawrocki – wspierany politycznie przez PiS – zachowuje się tak, jakby nie zauważył zmiany realiów. Czasy, gdy służby i instytucje bezpieczeństwa były wykorzystywane do bieżącej walki politycznej, po prostu się skończyły. Próba „już tak otwarcie i trochę bezwstydnie” – jak ujął to Tusk – zamienienia RBN w „pole politycznej gry” pokazuje, że część obozu dawnej władzy nie potrafi funkcjonować bez konfliktu i insynuacji.
Krytyka PiS w tej sprawie jest konieczna. To ta partia przez lata rozmywała granice między interesem państwa a interesem partyjnym. Dziś, gdy nie kontroluje rządu, próbuje odzyskać wpływ inną drogą: poprzez presję, sugestie i medialne wrzutki. RBN jawi się w tej strategii jako idealna scena – poważna z nazwy, nośna medialnie, a przy tym trudna do szybkiego zdementowania.
Tusk zachowuje się odwrotnie. Zapowiada, że rząd „nie będzie aktywny” w tej politycznej grze. To nie ucieczka od odpowiedzialności, lecz świadoma obrona standardów. Premier daje sygnał: bezpieczeństwo państwa nie będzie kartą przetargową ani narzędziem do okładania przeciwników. W kraju zmęczonym permanentnym konfliktem to postawa nie tylko rozsądna, ale wręcz konieczna.
Nawrocki, zamiast budować pozycję arbitra i strażnika konstytucji, wpisuje się w narrację PiS, która sprowadza politykę do nieustannego podejrzenia. Każdy przeciwnik musi mieć „jakieś kontakty”, „jakieś powiązania”, „jakąś teczkę”. Problem w tym, że państwo oparte na domysłach przestaje być państwem prawa.
Ten spór nie dotyczy jednego punktu porządku obrad. Dotyczy wizji państwa. Czy ma ono być zarządzane w sposób poważny, przewidywalny i instytucjonalny – jak chce Tusk – czy też emocjonalny, konfrontacyjny i podporządkowany partyjnym interesom, jak pokazują działania Nawrockiego i PiS. Odpowiedź jest oczywista. RBN to nie scena kampanii. I dobrze, że premier mówi to głośno, zanim ktoś na dobre pomyli bezpieczeństwo z politycznym teatrem.
