W polskiej debacie publicznej rzadko zdarza się moment, w którym polityk mówi rzeczy niewygodne nie tylko dla swoich przeciwników, ale również dla całego establishmentu PiS przyzwyczajonego do zamiatania trudnych pytań pod dywan. Taki moment nastąpił, gdy mecenas Roman Giertych w rozmowie z Dorotą Wysocką-Schnepf odważył się postawić istotne pytania.
Giertych, komentując sprawę afery Jeffreya Epsteina, nie rzucał tanimi sensacjami. Wskazywał na mechanizm władzy, który znamy z historii: handel ludźmi, kompromaty, polityczne parasole ochronne i międzynarodowe powiązania. „Ciekawe, czy te organizacje przestępcze, które handlowały kobietami w Gdańsku, współpracowały z tymi, którzy dostarczali kobiety do Epsteina” – mówił. I trudno odmówić mu racji, że to pytanie powinno wybrzmieć publicznie, zamiast być zbywane oburzeniem.
W centrum tych rozważań znalazł się Karol Nawrocki, którego przeszłość zawodowa oraz polityczne wsparcie ze strony skrajnie prawicowych środowisk amerykańskich budzą uzasadnione wątpliwości. Giertych nie oskarża wprost – on łączy fakty i modele działania. „Przecież wiemy, że w Stanach Zjednoczonych cała ta operacja Epsteina to było zbieranie kompromatów na polityków” – przypomina. I dodaje pytanie kluczowe: czy podobny mechanizm nie mógł zadziałać również w Polsce?
To właśnie w tym miejscu widać różnicę klas politycznych. Giertych zachowuje się jak prawnik i obywatel, który rozumie, że demokracja nie polega na ślepym zaufaniu, lecz na kontroli władzy. Nawrocki i jego obóz reagują natomiast w sposób przewidywalny: oburzenie, pozwy, zasłanianie się formalizmami. Przypomnijmy, że portal Onet opisał rzekomy udział Nawrockiego w procederze sprowadzania prostytutek do Grand Hotelu w Sopocie, a sam zainteresowany pozwał redakcję. Sprawa jest w toku – i właśnie dlatego publiczna debata nie powinna być zamykana.
Najbardziej uderzające w wypowiedziach Giertycha jest jednak to, że nie boi się on zakwestionować narracji o „oczywistym” zwycięstwie Nawrockiego. Nazywając go „rzekomym prezydentem”, Giertych dotyka tematu, który wielu wolałoby uznać za zamknięty. Demokracja nie kończy się w dniu wyborów. Jeśli istnieją wątpliwości co do uczciwości procesu, powiązań kandydata czy jego podatności na naciski – obowiązkiem klasy politycznej jest je wyjaśnić, a nie uciszać.
Krytycy Giertycha mówią o „teoriach spiskowych”. To wygodna etykieta, stosowana zawsze wtedy, gdy pytania są zbyt celne. Tymczasem sam poseł KO jasno deklaruje: „Widzę ten sam model działania”. Model znany z historii Epsteina, z Ameryki, z Rosji, z krajów, w których władza była budowana na szantażu i milczeniu ofiar.
Dlatego słowa mec. Giertycha warto zapamiętać. Nie dlatego, że dają gotowe odpowiedzi, lecz dlatego, że odmawiają zgody na zbiorową amnezję. A Karol Nawrocki? Jeśli jest niewinny, powinien być pierwszym, któremu zależy na pełnym, transparentnym wyjaśnieniu spraw. Nerwowe reakcje i próby zamykania ust krytykom działają wyłącznie na jego niekorzyść.
W polityce bowiem nie chodzi o to, kto głośniej krzyczy „skandal”, lecz o to, kto ma odwagę zapytać: komu to służy i kto za to zapłaci. W tej debacie Roman Giertych stanął po właściwej stronie.
