Zbigniew Ziobro znów przemawia tonem przyszłego ministra, jakby czas się zatrzymał, a rzeczywistość prawna – zniknęła. Były minister sprawiedliwości, dziś polityk opozycji z gigantycznym bagażem problemów, z entuzjazmem komentuje decyzje Donald Trumpa o wsparciu amerykańskiej energetyki węglowej i snuje wizje, jak to Prawo i Sprawiedliwość „gdy wróci do władzy”, zrobi w Polsce to samo. Problem w tym, że Ziobro mówi o przyszłej potędze, jakby nie pamiętał o własnej teraźniejszości.
Trump – według doniesień Bloomberga – nakazał Pentagonowi wykorzystywanie funduszy i kontraktów resortu obrony do utrzymania elektrowni węglowych. Ma też przeznaczyć 175 milionów dolarów na modernizację sześciu takich obiektów w kilku stanach USA. Dla Ziobry to dowód, że „Ameryka znów stawia na węgiel po niszczącym gospodarkę ekoszaleństwie” i że „oficjalnie kończy z polityką opartą na micie o ociepleniu klimatu”. Już w tym miejscu widać charakterystyczną dla niego skłonność do uproszczeń i ideologicznych skrótów.
Ziobro nie poprzestaje jednak na pochwałach. W jego wpisie pojawia się od razu wielka obietnica: „Gdy PiS wróci do władzy, zrobi to samo”. Wystarczy – jego zdaniem – wyjść z unijnego systemu EU Emissions Trading System i „wyrzucić cały Zielony Ład do kosza”. Efekt? „Ceny energii spadną – co najmniej o 40 proc.”, „w sklepach będzie taniej”, „wrócą inwestorzy”. Jedna decyzja, same cuda. Brzmi to jak program wyborczy napisany na kolanie, ale podszyty przekonaniem, że władza jest już tuż-tuż.
Tyle że Ziobro zdaje się zapominać, iż dziś nie jest ani ministrem, ani nawet centralną postacią opozycji. Co więcej, jego sytuacja prawna jest daleka od komfortowej. Toczące się sprawy, zarzuty i sejmowe komisje śledcze to nie są drobne epizody, które można wymazać jednym wpisem w mediach społecznościowych. A jednak w jego narracji nie ma na to miejsca. Jest tylko wizja przyszłej dominacji i triumfalnego powrotu.
To właśnie w tym miejscu zaczyna się wrażenie, że Ziobro „buja w obłokach”. Opowiada o „odesłaniu fatalnego rządu Tuska w niechlubną otchłań historii”, jakby był już liderem zwycięskiego marszu. „Trzeba tylko… A to już misja dla wyborców” – pisze, stawiając się w roli stratega, który rozdaje zadania. Rzeczywistość jest jednak bardziej prozaiczna: to wyborcy i instytucje prawa zdecydują, czy i jaką rolę Ziobro będzie jeszcze odgrywał.
Jest w tym także ucieczka od odpowiedzialności. Zamiast rozliczenia własnych decyzji z czasów rządów – od reform wymiaru sprawiedliwości po konflikty z Unią Europejską – mamy opowieść o taniej energii i „micie ocieplenia klimatu”. Zamiast refleksji nad skutkami polityki PiS, jest prosta recepta: wyjść, wyrzucić, zlikwidować. Takie myślenie może dobrze wyglądać na transparentach, gorzej w realnym zarządzaniu państwem.
Ziobro, komentując ruchy Trumpa, zdaje się też ignorować kontekst. Decyzje amerykańskiego prezydenta wynikają z konkretnych uwarunkowań gospodarczych i geopolitycznych USA. Przenoszenie ich wprost na grunt europejski, bez analizy konsekwencji dla Polski – od relacji z UE po koszty transformacji – to polityczna fantazja. Fantazja wygodna, bo pozwala mówić o przyszłej władzy, nie odpowiadając na pytania o przeszłość.
W efekcie dostajemy obraz polityka, który wciąż żyje czasem swojej największej siły. Mówi językiem rozkazów i obietnic, jakby nic się nie zmieniło. Tymczasem zmieniło się bardzo wiele – i to właśnie ta rozbieżność między deklaracjami a rzeczywistością czyni jego wystąpienia coraz bardziej oderwanymi od ziemi.











