Debata o bezpieczeństwie państwa powinna być wolna od partyjnych fobii i kalkulacji. Tymczasem stanowisko Jarosława Kaczyńskiego i Prawa i Sprawiedliwości wobec programu SAFE pokazuje coś dokładnie odwrotnego: absolutny prymat logiki partyjnej nad realnymi interesami obronnymi Polski. W tej sprawie PiS nie tyle się myli, ile świadomie gra na osłabienie państwa, byle tylko rządzący nie mogli odnieść sukcesu.
Podczas sejmowej debaty nad ustawą wdrażającą program SAFE padły słowa, które mają brzmieć jak ostrzeżenie, a w rzeczywistości są politycznym straszakiem. Kaczyński alarmował, że „pożyczki z SAFE nie są dodatkowymi środkami na obronność”, a wejście do programu oznacza „wieloletnie finansowe uzależnienie się” oraz „uniemożliwienie prawidłowego rozwoju Sił Zbrojnych RP”. Dodał też, że mechanizm warunkowości to „de facto szantaż polityczny”.
Brzmi groźnie. Problem polega na tym, że te tezy nie wytrzymują konfrontacji z faktami. Program SAFE to niskooprocentowane, długoterminowe finansowanie, którego celem jest szybkie zwiększenie zdolności obronnych państw członkowskich Unia Europejska. Polska ma być jego największym beneficjentem – około 43,7 mld euro z puli 150 mld. To realne pieniądze na realny sprzęt, dostępne w momencie, gdy zagrożenie za wschodnią granicą nie jest publicystyczną metaforą, lecz codziennym faktem.
Kaczyński twierdzi również, że nie ma „ustawowych gwarancji”, iż środki trafią do polskiego przemysłu zbrojeniowego. To półprawda podszyta manipulacją. SAFE promuje zakupy u europejskich producentów, a Polska – posiadająca rozbudowany sektor zbrojeniowy – jest naturalnym kandydatem do bycia jednym z beneficjentów łańcucha dostaw. Zamiast negocjować twarde warunki i pilnować interesów krajowych firm, PiS wybiera strategię totalnej negacji.
Najbardziej uderzające jest jednak moralne oburzenie prezesa PiS, który przekonuje, że „nikt, kto chce silnej i suwerennej armii, nie powinien popierać funduszu SAFE”. To retoryczny szantaż: albo jesteś z nami, albo przeciw silnej armii. Tyle że w praktyce to właśnie odrzucanie preferencyjnych środków na obronność osłabia zdolności wojska. Suwerenność nie polega na samotnym zaciśnięciu pasa, lecz na mądrym korzystaniu z dostępnych narzędzi.
Nieprzypadkowo PiS sięga po argument o „politycznym nacisku UE”, przywołując doświadczenia z KPO. To wygodna narracja, bo pozwala zamazać własne porażki z przeszłości. Przypomnijmy: środki z KPO były blokowane nie z powodu „złej Brukseli”, lecz dlatego, że rząd PiS łamał zasady praworządności. Dziś ta sama partia próbuje wmówić opinii publicznej, że każdy mechanizm kontroli to spisek przeciw Polsce.
W Sejm poseł PiS Andrzej Śliwka złożył poprawki, które rzekomo mają „minimalizować ryzyka”. Projekt wraca do komisji, ale sens politycznego przekazu PiS jest jasny: opóźniać, podważać, straszyć. Nie dlatego, że SAFE jest groźny, lecz dlatego, że jego wdrożenie byłoby sukcesem rządu i wzmocnieniem państwa poza kontrolą partyjnego prezesa.
W istocie spór o SAFE to nie debata o obronności, lecz test odpowiedzialności. Jedna strona mówi: zagrożenia są realne, pieniądze dostępne, trzeba działać. Druga – kierowana przez Jarosława Kaczyńskiego – odpowiada: lepiej zablokować wszystko, niż pozwolić przeciwnikom politycznym na punktowanie. To logika „im gorzej dla państwa, tym lepiej dla partii”.
Publicystyka nie powinna uciekać w eufemizmy. W sprawie SAFE PiS zachowuje się tak, jakby bezpieczeństwo Polski było kartą przetargową w wewnętrznej grze o władzę. A to jest postawa nie tylko krótkowzroczna, lecz po prostu niebezpieczna. Jeśli prezes największej partii opozycyjnej nie potrafi wznieść się ponad własny interes partyjny w sprawach obronności, to problemem nie jest program SAFE – problemem jest on sam.











