Polityka w wydaniu Prawa i Sprawiedliwości coraz częściej przypomina farsę, w której aktorzy mylą powagę państwa z własnym ego, a odpowiedzialność z impulsywną agresją. Ostatnia sekwencja wydarzeń z udziałem Ryszarda Terleckiego, Sebastiana Kalety i Patryka Jakiego nie jest incydentem. To diagnoza. I to diagnoza miażdżąca: formacja, która przez lata pouczała wszystkich wokół o powadze państwa, sama zachowuje się w sposób skrajnie niepoważny.
Zacznijmy od sceny, która obiegła media. Sejmowy korytarz, pytanie dziennikarki Arleta Zalewska o konsekwencje notorycznych nieobecności Zbigniew Ziobro w Sejm i odpowiedź Terleckiego: „No, jak nie przychodzi, to trudno”. Wypowiedź lekka, niemal nonszalancka, jakby chodziło o opuszczone zebranie wspólnoty mieszkaniowej, a nie o obowiązki konstytucyjnego organu państwa. Gdy padło pytanie o dietę i uposażenie, doświadczony parlamentarzysta przyznał, że… nie wie, jak to jest uregulowane. Trudno o bardziej dobitny przykład lekceważenia własnej pracy.
Wtedy na scenę wkroczył Kaleta, rzucając w stronę starszego kolegi: „Może pan się w tej sprawie nie wypowiada”. Ten moment miał być zapewne pokazem partyjnej kontroli przekazu. Wyszedł jak szkolna reprymenda udzielona na oczach całej klasy. Zamiast powagi – żenada. Zamiast dyscypliny – publiczne pranie brudów.
Kilka dni później Terlecki, zapytany o całą sytuację przez reportera TVN24, odpowiedział jednym słowem: „Gów***rzeria”. W ustach byłego wicemarszałka Sejmu brzmi to nie jak bon mot, lecz jak akt oskarżenia wobec samego siebie. Bo jeśli tak wygląda język elity władzy, to jak ma wyglądać standard debaty publicznej?
Do chóru dołączył Patryk Jaki, który w mediach społecznościowych nie zostawił na Terleckim suchej nitki. „To prawdziwe dno” – napisał, oskarżając go o „ustawkę z TVN” i dodając: „Za każdym razem od 10 lat, kiedy Terlecki otwiera usta daje paliwo drugiej stronie. Dlatego odrzucają go wyborcy i słusznie”. Trudno nie zauważyć ironii: polityk PiS krytykuje innego polityka PiS za dostarczanie amunicji przeciwnikom. To już nie jest spór programowy, to wewnętrzna wojna na kompromitacje.
Jaki poszedł dalej, kpiąc z wyborczych szans Terleckiego: „Nie wiem czy da się już wskazać okręg, z którego Polacy go wybiorą”. Słowa ostre, ale symptomatyczne. Pokazują, że w PiS zamiast refleksji nad utratą zaufania społecznego dominuje wzajemne obrzucanie się winą.
Całość składa się na obraz partii, która utraciła zdolność do powagi. Krzyki na korytarzu, wulgarne komentarze, twitterowe tyrady – to nie są narzędzia odpowiedzialnego rządzenia, lecz oznaki politycznego zmęczenia i braku kontroli. PiS, który miał być „partią państwa”, coraz częściej wygląda jak grupa skłóconych posłów walczących o uwagę i wpływy.
Trudno byłoby postawić łagodniejszą tezę: problemem nie jest jeden Terlecki, jeden Kaleta czy jeden Jaki. Problemem jest cała formacja, która zachowuje się tak, jakby zapomniała, że polityka to nie prywatny folwark ani ring do osobistych porachunków. Jeśli to ma być alternatywa dla poważnego państwa, to wyborcy mają pełne prawo powiedzieć: dziękujemy.











