W obozie Prawa i Sprawiedliwości wrze. I choć politycy tej partii od lat przekonują opinię publiczną, że są zjednoczeni wokół „wartości” i „odpowiedzialności za państwo”, ostatnie wypowiedzi pokazują coś zupełnie innego: pogardę wobec własnych kolegów, język buty i bezrefleksyjne podporządkowanie jednemu człowiekowi.
Iskrą zapalną były kolejne kłótnie w największej partii opozycyjnej. Po sporze wywołanym wypowiedzią Ryszarda Terleckiego o Sebastianie Kalecie głos zabrał prezes Jarosław Kaczyński. Jego komunikat brzmiał jak ultimatum: „Informuję, iż każdy, kto zabierze w tej szkodliwej dyskusji głos, niezależnie od zasług i partyjnej pozycji, zostanie zawieszony w prawach członka PiS, co będzie miało oczywisty wpływ także na jego polityczną przyszłość”.
To nie jest język demokratycznej partii. To język wodza, który nie dopuszcza sprzeciwu. „Szkodliwa dyskusja” – tak w PiS określa się dziś publiczną wymianę zdań. A przecież partia polityczna, jeśli ma być czymś więcej niż zamkniętym klubem lojalistów, powinna opierać się na debacie. Tymczasem w PiS debata kończy się tam, gdzie zaczyna się cień krytyki.
Jeszcze bardziej bulwersujące były słowa jednego z wiceprezesów partii, europosła Joachima Brudzińskiego. „Jeżeli moi koledzy naładowani emocjami jak pensjonarki liczą, że Prezes będzie się z nimi certolił to skończą jak Polska Plus, PJN albo SP” – napisał. Trudno o bardziej protekcjonalny i pogardliwy ton. Porównywanie partyjnych kolegów do „pensjonarek” to nie tylko przejaw politycznej arogancji, ale też zwyczajna słabość argumentów. Gdy brakuje merytoryki, zostaje kpina.
Brudziński nie poprzestał na tym. W kolejnym wpisie podkreślił: „Mamy jasno postawione zadania przez PJK, objazd kraju, rozmowy z Polakami i ciężka praca (…) Mamy wystarczająco dużo wrogów na zewnątrz naszego środowiska politycznego i nie potrzebujemy ich szukać w naszej partii aby udowadniać czyje ‘mojsze’ jest ważniejsze”.
Ten fragment odsłania sedno problemu. W PiS polityka to nie spór programów, nie ścieranie się wizji, lecz nieustanna wojna z „wrogami”. Zewnętrznymi i – gdy trzeba – wewnętrznymi. Mentalność oblężonej twierdzy stała się fundamentem tej formacji. Każdy, kto ma inne zdanie, automatycznie wpisuje się w logikę zagrożenia. Każda różnica zdań to potencjalna zdrada.
Retoryka Brudzińskiego jest szczególnie niepokojąca, bo pokazuje, że w partii nie ma miejsca na partnerskie relacje. Jest hierarchia i bezwzględne podporządkowanie „PJK”. „Mamy jasno postawione zadania przez PJK” – pisze europoseł, jakby chodziło o wojskowy rozkaz. Nie ma mowy o wspólnym wypracowywaniu strategii. Jest wykonawstwo.
Groźba, że niesubordynowani „skończą jak Polska Plus, PJN albo SP”, to w istocie straszak: sprzeciw oznacza polityczny niebyt. Tak wygląda pluralizm w wydaniu PiS. Kto nie idzie w szeregu, wypada z gry. Zamiast odpowiedzi na realne problemy kraju – dyscyplinowanie własnych ludzi i publiczne upokarzanie ich.
Warto też zauważyć, że ta agresywna retoryka nie jest incydentem. To element szerszej kultury politycznej, którą PiS pielęgnuje od lat: dzielenie sceny na „nas” i „wrogów”, podsycanie emocji, mobilizowanie strachem. Tyle że dziś ten mechanizm zaczyna obracać się przeciwko nim samym. Gdy partia żyje permanentnym konfliktem, w końcu konflikt wybucha także w jej wnętrzu.
Zamiast poważnej rozmowy o przyczynach sporów, wyborcy słyszą o „pensjonarkach”. Zamiast programu – demonstrację lojalności wobec prezesa. Zamiast pokory – arogancję.
Jeśli PiS i jego wiceprezes uważają, że wyborcy będą rozliczać ich wyłącznie z „objazdu kraju” i „ciężkiej pracy”, to najwyraźniej nie rozumieją, że styl uprawiania polityki też podlega ocenie. A styl, który opiera się na groźbach, pogardzie i logice wroga, może konsolidować twardy elektorat, ale trudno go uznać za dojrzały fundament dla nowoczesnej demokracji.










