W kuluarach Prawa i Sprawiedliwości coraz głośniej mówi się o zmęczeniu, a nawet irytacji wobec ludzi dawnej Suwerennej Polski. Jeszcze niedawno byli koalicjantem, który gwarantował większość i ostrą linię ideologiczną. Dziś – w oczach wielu działaczy PiS – stali się politycznym balastem. A symbolem tego problemu jest Zbigniew Ziobro.
Ucieczka Ziobry do Budapesztu i uzyskanie tam azylu politycznego była ciosem wizerunkowym, którego skutki PiS odczuwa do dziś. Partia, która przez lata budowała narrację o twardości, suwerenności i „wstawaniu z kolan”, musiała tłumaczyć się z faktu, że jeden z jej najważniejszych ministrów wybrał polityczne schronienie za granicą. Wizerunek obozu jako zwartego i pewnego siebie pękł. Nawet wśród lojalnych wyborców pojawiło się pytanie: czy tak zachowuje się polityk przekonany o własnej racji?
Wielu działaczy PiS nie mówi tego wprost, ale przyznaje w rozmowach nieoficjalnych: sprawa Budapesztu była błędem, który kosztował partię wiarygodność. Zamiast twardej obrony własnych decyzji – obraz polityka, który chroni się pod skrzydłami zagranicznego premiera. Zamiast odpowiedzialności – ucieczka. To narracja, z którą PiS musi się mierzyć.
Na tym jednak problemy się nie kończą. Bo gdy kurz po wyjeździe Ziobry jeszcze nie opadł, jego polityczni towarzysze zaczęli dostarczać kolejnych powodów do zakłopotania. W ostatnich dniach opinię publiczną zelektryzowały kolejne spięcia, w których aktywną rolę odgrywał m.in. Sebastian Kaleta. Publiczne przepychanki, ostre wpisy w mediach społecznościowych, personalne wycieczki – wszystko to tworzy obraz obozu skłóconego i pogrążonego w chaosie.
Dla części polityków PiS to sytuacja nie do zaakceptowania. Po przegranych wyborach partia powinna skupić się na odbudowie wiarygodności, pracy programowej i wyciąganiu wniosków. Tymczasem opinia publiczna obserwuje „karczemne awantury”, które podważają wizerunek odpowiedzialnej opozycji. Wewnętrzne spory są nieuniknione, ale ich publiczne eskalowanie to zupełnie inna sprawa.
Problem polega na tym, że środowisko Ziobry od lat funkcjonowało na zasadzie politycznej presji. Ostre wypowiedzi, ideologiczna bezkompromisowość, demonstracyjne odróżnianie się od bardziej umiarkowanych głosów w PiS – to była ich metoda na zaznaczenie obecności. Dziś jednak ta strategia przestaje działać. Zamiast mobilizować elektorat, budzi znużenie. Zamiast wzmacniać partię, osłabia ją w oczach umiarkowanych wyborców.
W PiS narasta przekonanie, że sojusz z Suwerenną Polską był taktycznie opłacalny w czasach rządów, ale w obecnej sytuacji staje się obciążeniem. Zwłaszcza że frakcja ziobrystów nie rezygnuje z ostrego tonu i często zdaje się grać na własną rękę. Każda kolejna publiczna kłótnia podkopuje wysiłki tych, którzy chcieliby przesunąć partię w stronę większego pragmatyzmu i merytorycznej opozycyjności.
Nie chodzi tylko o personalia. Chodzi o kierunek. Czy PiS chce być partią, która wyciąga wnioski z porażek i próbuje odzyskać centrum? Czy ugrupowaniem, które pozwala mniejszemu, głośniejszemu środowisku nadawać ton całej formacji? Coraz więcej działaczy skłania się ku pierwszej odpowiedzi. I coraz częściej pada pytanie, czy dalsza współpraca z ludźmi Ziobry ma polityczny sens.
Wizerunek partii jako odpowiedzialnej siły państwowej trudno odbudować, gdy w tle pobrzmiewają echa Budapesztu i kolejnych medialnych awantur. Nawet jeśli oficjalnie dominuje narracja o jedności, to nieoficjalnie w PiS narasta zniecierpliwienie. Bo każda taka historia oddala partię od wyborców, którzy oczekują spokoju, kompetencji i powagi.
Ziobro i jego partyjni towarzysze dla garstki zaczadzonych wyborców przez lata byli symbolem bezkompromisowej walki. Dziś dla wielu w PiS stają się symbolem problemu, który utrudnia powrót do szerokiego poparcia. A w polityce cierpliwość wobec balastu rzadko bywa nieskończona.
