Prezydent powinien ważyć słowa szczególnie wtedy, gdy mówi o prawie i konstytucji. Tymczasem ostatnia wypowiedź Karola Nawrockiego na antenie Polsat News pokazuje coś odwrotnego: swobodę w ferowaniu oskarżeń i niepokojącą lekkość w operowaniu pojęciami, które wymagają precyzji.
„To już jest za późno [na spotkanie]. Minister Żurek dał się poznać jako prawny terrorysta. W Polsce nie mamy Prokuratora Krajowego działającego legalnie. Minister Żurek wydawał rozporządzenia, które stały w kolizji z Konstytucją RP” – mówił prezydent. To słowa mocne, wręcz alarmistyczne. Problem polega na tym, że za retoryczną siłą nie idzie przekonująca argumentacja.
Nazwanie ministra „prawnym terrorystą” to nie jest język głowy państwa. To określenie publicystyczne, nacechowane emocjonalnie, sugerujące bezprawie i destrukcję państwa. Jeśli prezydent uważa, że konkretne akty prawne są niezgodne z konstytucją, powinien wskazać precyzyjne podstawy prawne, przywołać przepisy, przedstawić analizę. Zamiast tego słyszymy etykietę, która bardziej podgrzewa atmosferę, niż wyjaśnia sytuację.
Prezydent twierdzi również, że „w Polsce nie mamy Prokuratora Krajowego działającego legalnie”. To stwierdzenie o ogromnym ciężarze gatunkowym. Oznacza bowiem zakwestionowanie legalności funkcjonowania jednego z kluczowych organów państwa. Jeśli rzeczywiście tak jest, mamy do czynienia z konstytucyjnym kryzysem. Jeśli nie – mamy do czynienia z nieodpowiedzialnym podważaniem zaufania do instytucji publicznych.
Wypowiedź Nawrockiego sugeruje, że minister wydawał rozporządzenia „w kolizji z Konstytucją RP”. O kolizji z konstytucją w państwie prawa rozstrzygają odpowiednie organy – sądy i Trybunał Konstytucyjny. Prezydent oczywiście ma prawo do oceny politycznej. Ale gdy mówi o niekonstytucyjności w sposób kategoryczny, powinien pamiętać, że jego słowa są odbierane jako stanowisko instytucji, nie prywatna opinia.
Nawrocki dodał, że „wymagało to reakcji Kancelarii Prezydenta, minister Bogucki zgłosił to do prokuratury i TK”. Sam fakt skierowania sprawy do odpowiednich organów pokazuje, że istnieją procedury pozwalające rozstrzygnąć spór. Skoro więc mechanizmy prawne zostały uruchomione, po co publiczna retoryka o „terrorze”? Czy nie wystarczyłoby poczekać na formalne rozstrzygnięcia?
Prezydent nie jest komentatorem w studiu telewizyjnym ani liderem partyjnym walczącym o poparcie własnego elektoratu. Jego rolą jest stabilizowanie systemu, a nie jego dalsza polaryzacja. Słowa o „braku legalnego Prokuratora Krajowego” mogą zostać wykorzystane jako argument przez tych, którzy chcą podważać decyzje prokuratury, kwestionować wyroki czy unikać odpowiedzialności. W ten sposób polityczna retoryka zaczyna realnie wpływać na funkcjonowanie państwa.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że prezydent mówi o sprawach, o których nie ma pełnego oglądu – albo przynajmniej nie przedstawia go opinii publicznej. Złożone spory kompetencyjne, interpretacje przepisów przejściowych czy analiza statusu organów wymagają precyzyjnej wiedzy prawniczej. Sprowadzanie ich do hasła „kolizja z konstytucją” jest uproszczeniem, które bardziej zaciemnia obraz, niż go rozjaśnia.
W państwie prawa spór o legalność działań organów jest rzeczą normalną. Od tego są sądy, od tego są procedury. Prezydent może mieć wątpliwości, może nawet inicjować kontrolę konstytucyjną. Ale powinien unikać języka, który brzmi jak oskarżenie o systemowe bezprawie, zanim zapadnie jakiekolwiek rozstrzygnięcie.
Słowa głowy państwa mają szczególną wagę. Gdy padają oskarżenia o „prawny terror” i nielegalność kluczowych instytucji, obywatele mają prawo oczekiwać rzetelnych podstaw, a nie retorycznych figur. Jeśli ich nie otrzymują, pozostaje wrażenie, że mamy do czynienia bardziej z politycznym spektaklem niż z odpowiedzialną debatą o konstytucji.
Prezydent powinien być strażnikiem powagi państwa. Tymczasem coraz częściej sprawia wrażenie uczestnika ostrej partyjnej polemiki. A to rola, która z urzędem głowy państwa zwyczajnie się nie godzi.











