Wypowiedzi polityków Prawo i Sprawiedliwość coraz częściej brzmią jak fragmenty scenariusza geopolitycznego thrillera. Problem w tym, że nie mówimy o filmie, lecz o realnym bezpieczeństwie państwa. Gdy padają słowa o potrzebie budowy przez Polskę własnej broni atomowej, nie można wzruszyć ramionami. To nie jest abstrakcyjna debata akademicka, lecz polityczna zapowiedź, która może mieć konsekwencje międzynarodowe. A mrzonki o narodowym arsenale nuklearnym są skrajnie niebezpieczne.
Prezydent Karol Nawrocki stwierdził, że Polska powinna rozwijać własny potencjał nuklearny z poszanowaniem międzynarodowych regulacji. Jak mówił, należy działać w „tym kierunku, żebyśmy mogli rozpocząć prace” nad własnym programem atomowym, ponieważ „wiadomo, jaki jest stosunek Federacji Rosyjskiej agresywnej, imperialnej do Polski”. Wypowiedź odbiła się szerokim echem w prasie zagranicznej – i trudno się dziwić. Publiczne flirtowanie z ideą narodowej broni jądrowej to sygnał, który w świecie dyplomacji wywołuje alarm.
Jeszcze dalej idą politycy PiS. Tobiasz Bocheński w rozmowie z Polsat News przekonywał, że prezydent ma rację. – „Mamy wschodniego sąsiada, który jest wrogo nastawiony do wszystkich państw Europy Środkowo-Wschodniej i nie tylko i posiada broń atomową. Niezależnie jakby przebiegał jakikolwiek konflikt zapoczątkowany przez Federację Rosyjską, zawsze może zakończyć się szantażem atomowym, jeśli druga strona nie ma takich możliwości” – mówił europoseł PiS.
Brzmi stanowczo, ale to logika prowadząca wprost do niekontrolowanej eskalacji. Jeśli każdy kraj zagrożony przez państwo posiadające broń jądrową uzna, że odpowiedzią musi być własny arsenał, świat stanie się znacznie mniej bezpieczny. Istnieje powód, dla którego obowiązuje traktat o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej. Istnieje powód, dla którego odstraszanie opiera się na strukturach sojuszniczych, a nie na indywidualnych ambicjach.
Bocheński dodaje: „Żeby wyrównać proporcje i być jeszcze lepiej zabezpieczonym, powinniśmy o tym myśleć, stawiać ten temat i rozmawiać z sojusznikami”. Problem polega na tym, że „wyrównywanie proporcji” w świecie nuklearnym nie jest symetryczną grą. To wyścig, w którym każdy kolejny krok zwiększa ryzyko katastrofy. Polska jest członkiem NATO i korzysta z parasola nuklearnego Sojuszu. Sugestia, że to niewystarczające, podważa sens wspólnej strategii bezpieczeństwa.
Owszem, dyskusja o dołączeniu do programu Nuclear Sharing trwa od miesięcy. W kwietniu 2024 roku ówczesny prezydent Andrzej Duda mówił, że popiera pomysł rozlokowania w Polsce broni jądrowej i że rozmawia o tym z Amerykanami. – „To temat rozmów polsko-amerykańskich od pewnego czasu. Ja na ten temat już rozmawiałem kilkakrotnie. Nie ukrywam, że pytany o to, zgłosiłem naszą gotowość” – podkreślał. To jednak zupełnie inna sytuacja niż budowa własnego programu atomowego. Nuclear Sharing to mechanizm sojuszniczy, osadzony w strukturach NATO. Narodowy program nuklearny oznaczałby przekroczenie zupełnie innej granicy.
Niepokojące jest to, że PiS zdaje się traktować temat broni jądrowej jak element politycznej licytacji na twardość wobec Rosji. Im ostrzejsza retoryka, tym lepiej brzmi w kampanijnych wystąpieniach. Tyle że bezpieczeństwo państwa nie jest polem do popisów. Każde publiczne słowo o budowie broni atomowej jest analizowane w Moskwie, w Waszyngtonie, w Berlinie i w Brukseli.
Polityka odstraszania wymaga odpowiedzialności, a nie emocji. Wymaga chłodnej kalkulacji, kosztów, ryzyka, konsekwencji prawnych i militarnych. Tymczasem w narracji PiS dominuje uproszczone przekonanie, że więcej broni oznacza więcej bezpieczeństwa. Historia pokazuje coś przeciwnego: im więcej aktorów posiada broń jądrową, tym większe ryzyko błędu, prowokacji czy eskalacji.
Mrzonki o narodowej bombie atomowej mogą przynieść krótkotrwałe polityczne punkty. W dłuższej perspektywie mogą jednak osłabić pozycję Polski jako przewidywalnego i odpowiedzialnego sojusznika. A w sprawach nuklearnych brak przewidywalności to najgorsza możliwa wiadomość.
