Prezes Jarosław Kaczyński po raz kolejny udowodnił, że w jego politycznym teatrze najważniejsza jest kontrola nad scenariuszem, a nie przejrzystość wobec opinii publicznej. Informacja o tym, że wybrał już kandydata na premiera przed wyborami parlamentarnymi w 2027 roku, została podana w sposób charakterystyczny dla jego stylu: z nutą tajemnicy, z demonstracją władzy i z wyraźnym sygnałem, kto w partii rozdaje karty.
Podczas rozmowy na antenie Radio Maryja prezes potwierdził, że decyzja zapadła. – „Nie powiem, o kogo chodzi, ale ten wybór został już dokonany” – zaznaczył. Ta wypowiedź brzmi jak polityczny odpowiednik komunikatu: „wiem, ale nie powiem”. Trudno nie odnieść wrażenia, że mamy do czynienia z demonstracją siły, a nie z poważnym traktowaniem obywateli.
Kaczyński zapowiedział, że nazwisko zostanie ogłoszone w marcu, najpierw pozna je komitet polityczny Prawo i Sprawiedliwość, a dopiero później opinia publiczna. – „Sądzę, że to jest termin nieodległy, ale musimy go liczyć w tygodniach. To już tylko parę tygodni. Sądzę, że w marcu ta sprawa będzie już zupełnie jasna” – powiedział. Problem polega na tym, że do wyborów parlamentarnych zostało jeszcze sporo czasu, a mimo to decyzja – jak twierdzi prezes – zapadła już teraz, w jego „głowie”.
Takie zachowanie jest co najmniej niedorzeczne. W demokratycznym państwie wybory premiera są konsekwencją decyzji wyborców i parlamentarnej większości, a nie osobistej kalkulacji lidera partyjnego kilka lat przed głosowaniem. Oczywiście każda partia ma prawo przygotowywać się do wyborów, ale sposób, w jaki Kaczyński komunikuje tę decyzję, budzi wątpliwości. Brzmi to raczej jak jednoosobowe wskazanie następcy niż efekt szerokiej, partyjnej debaty.
Szczególnie wymowny jest fragment dotyczący cech idealnego kandydata. – „Musi być kandydat, który pozwoli wygrać wybory, który będzie taką lokomotywą wyborczą. To musi być człowiek dobrze przygotowany” – podkreślił prezes. W tych słowach widać wyraźnie, że kluczowym kryterium nie jest wizja państwa, program czy kompetencje w zarządzaniu krajem, lecz zdolność do wygrania wyborów. „Lokomotywa wyborcza” to określenie rodem z kampanijnego marketingu, a nie z poważnej rozmowy o przyszłości państwa.
Jeszcze bardziej zastanawiająca jest uwaga, że „nie wszyscy w partii rozumieją to, że dziś pewnego rodzaju zasługi, zdolności nie mogą być tym, co jest jedyną przesłanką do wyboru”. To zdanie można odczytać jako sygnał ostrzegawczy dla partyjnych działaczy: nie wystarczy lojalność czy długoletnia służba. Ostateczne kryterium pozostaje w rękach prezesa. To on – jak sam przyznał – „w głowie” dokonał już wyboru i wskazał osobę, która „wydaje się odpowiadać tym wymogom”.
Taka koncentracja decyzji w jednym ośrodku jest symptomatyczna dla stylu przywództwa Kaczyńskiego. Zamiast transparentnego procesu i otwartej dyskusji, mamy komunikat: decyzja zapadła, nazwisko poznamy później. Obywatele mają czekać. Działacze mają się podporządkować. Demokracja wewnątrzpartyjna schodzi na dalszy plan.
Można zrozumieć potrzebę budowania napięcia przed ogłoszeniem kandydata, ale w tym przypadku napięcie wydaje się sztuczne. Ogłoszenie decyzji bez ujawnienia nazwiska sprawia wrażenie politycznej gry, której celem jest utrzymanie uwagi mediów i zdyscyplinowanie własnego zaplecza. Tymczasem państwo nie jest planszą do strategicznych rozgrywek jednego lidera.
Jeśli rzeczywiście kandydat ma być „dobrze przygotowany”, to warto byłoby rozpocząć poważną debatę o wyzwaniach, które czekają Polskę w 2027 roku. Zamiast tego dostajemy spektakl niedopowiedzeń i zapowiedzi. A przecież polityka powinna być przestrzenią odpowiedzialności, a nie demonstracją, kto w partii ma ostatnie słowo. W obecnej sytuacji trudno oprzeć się wrażeniu, że ważniejsza od merytorycznej rozmowy jest symboliczna afirmacja władzy prezesa.











