Wyniki najnowszego sondażu pokazują coś znacznie poważniejszego niż tylko personalne sympatie w obozie Prawo i Sprawiedliwość. Pokazują strategiczny dryf. Partia, która przez lata budowała narrację o jedności i sile przywództwa Jarosława Kaczyńskiego, dziś stoi przed widmem chaosu sukcesyjnego. I jeśli pójdzie drogą, którą podpowiadają jej najwierniejsi sympatycy, może to być droga ku politycznej katastrofie.
Sondaż przeprowadzony przez IBRiS na zlecenie „Faktu” nie pozostawia złudzeń: „mimo wielu głośnych nazwisk w partii tej nie widać jednego konkretnego następcy”. To zdanie jest kluczowe. W ugrupowaniu, które przez lata opierało się na silnym, niemal jednoosobowym przywództwie, brak naturalnego lidera to nie tylko problem wizerunkowy. To sygnał głębokiego kryzysu strukturalnego.
A jednak w tym chaosie jedno nazwisko wyraźnie się wybija. 29 procent respondentów wskazało, że to Mateusz Morawiecki powinien zastąpić Kaczyńskiego. To wynik zdecydowanie wyższy niż konkurencja – Przemysław Czarnek uzyskał 11 proc., a Mariusz Błaszczak, Patryk Jaki i Tobiasz Bocheński po 5 proc. Beata Szydło i Zbigniew Ziobro znaleźli się na marginesie z wynikiem 1 proc.
Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że sprawa jest prosta: jest lider sondażu, jest naturalny następca. Problem polega na tym, że Morawiecki jest postacią skrajnie niepopularną. O ile wśród części wyborców PiS wciąż funkcjonuje jako były premier, o tyle dla ogromnej części Polaków stał się symbolem inflacji, chaosu legislacyjnego i politycznych sporów z Unią Europejską.
Prof. Ewa Marciniak z Uniwersytetu Warszawskiego stwierdziła: „Nie ma dla mnie niespodzianki, dlatego że Mateusz Morawiecki jednak kojarzy się jako polityk PiS i przede wszystkim jako premier”. To trafna diagnoza, ale tylko częściowa. Owszem, kojarzy się jako premier. Pytanie brzmi: z czym konkretnie?
Dla wiernych sympatyków partii – z „podejmowaniem trudnych i czasami kontrowersyjnych decyzji”. Dla wielu innych – z utratą wiarygodności, z komunikacyjną niekonsekwencją i z obietnicami, które nie wytrzymały próby rzeczywistości. Morawiecki jest dziś dla szerokiego elektoratu politykiem całkowicie niestrawnym. A to oznacza, że uczynienie go twarzą przyszłości PiS może zamknąć partii drogę do odzyskania umiarkowanego centrum.
Co więcej, Morawiecki nie jest też kandydatem, który jednoczy własne środowisko. W PiS wciąż silne są frakcje i osobiste ambicje. Część działaczy pamięta jego „technokratyczne” wejście do partii i fakt, że nie wyrastał z jej twardego, ideowego rdzenia. Dla wielu jest politykiem narzuconym, a nie organicznym liderem obozu.
Jeśli więc partia pójdzie za głosem 29 proc. respondentów i uzna, że Morawiecki to naturalny następca, może się okazać, że wybiera najprostszą, ale i najbardziej ryzykowną drogę. Z jednej strony – utrwala obraz partii zamkniętej w swoim twardym elektoracie. Z drugiej – pogłębia podziały wewnętrzne.
Wynik 24 proc. odpowiedzi „nie wiem/trudno powiedzieć” oraz 18 proc. wskazujących na „kogoś spoza tej grupy” to sygnał alarmowy. Oznacza on, że nawet sympatycy prawicy nie widzą dziś wyraźnej, przekonującej alternatywy. Partia, która jeszcze niedawno dominowała scenę polityczną, dziś sprawia wrażenie ugrupowania bez planu sukcesji.
Katastrofa nie musi przyjść nagle. Czasem przychodzi powoli – w postaci błędnych personalnych decyzji, ignorowania społecznych nastrojów i przekonania, że wystarczy odtworzyć znany schemat. Jeśli PiS uzna, że powrót Morawieckiego jako przyszłego lidera i potencjalnego premiera to bezpieczna przystań, może się okazać, że to raczej dryf w stronę politycznej mielizny.
Bo polityka to nie tylko lojalność wobec przeszłości. To przede wszystkim zdolność do odczytania przyszłości. A z tym dziś Prawo i Sprawiedliwość ma wyraźny problem.











