Expose ministra spraw zagranicznych, Radosława Sikorskiego, było czymś więcej niż przeglądem wyzwań bezpieczeństwa. Było ostrzeżeniem. W obecności najważniejszych osób w państwie – prezydenta Karola Nawrockiego, premiera Donalda Tuska, marszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego i marszałek Senatu Małgorzaty Kidawy-Błońskiej – padły słowa, które powinny wybrzmieć szeroko poza sejmową salą. „Niektórzy polscy politycy sieją antyeuropejską propagandę i chcą nas z UE wyprowadzić” – grzmiał Sikorski.
Nie trzeba wielkiej przenikliwości, by zrozumieć, do kogo adresowane były te słowa. Od lat politycy Prawa i Sprawiedliwości igrają z ogniem antyunijnej retoryki. Raz mówią o „dyktacie Brukseli”, innym razem o „niemieckiej dominacji”, a gdy padają pytania o konsekwencje – wycofują się pół kroku, udając, że to tylko retoryczna przesada. Problem w tym, że taka „zabawa” ma realne skutki: osłabia pozycję Polski w Europie i podkopuje zaufanie do naszego kraju jako partnera.
Sikorski przypomniał rzecz fundamentalną: członkostwo w Unii nie jest utratą suwerenności. „To dzięki odzyskaniu suwerenności, mogliśmy przystąpić do UE” – podkreślił. To zdanie powinno zakończyć jałową dyskusję o rzekomej „kolonizacji”. Polska weszła do Unii jako wolne państwo i jako wolne państwo współdecyduje o jej kształcie. Twierdzenie, że integracja oznacza zniewolenie, to polityczna manipulacja.
Minister nie ograniczył się do ogólników. Przywołał słowa byłej posłanki PiS, Krystyny Pawłowicz, która stwierdziła: „Jestem za wyjściem Polski i państw Europy Środkowo-Wschodniej z imperialnej UE, spod władzy Niemiec (…) inaczej UE i Niemcy Polskę do reszty wykończą, ratujmy co jeszcze można”. To nie jest anonimowy komentarz z internetu. To głos osoby przez lata związanej z obozem rządzącym.
Sikorski skwitował to celnie: „To świetny przykład prawicowego dwójmyślenia. Co prawda zostaliśmy 20. gospodarką świata, ale Polska jest eksploatowana i pogrążyła się w ruinie”. Trudno o trafniejszą diagnozę. Z jednej strony PiS chwali się dynamicznym rozwojem, z drugiej – buduje narrację o kraju rzekomo niszczonym przez Unię. Albo jedno, albo drugie. Logika nie pozwala na oba twierdzenia jednocześnie.
Politycznym patronem tej sprzeczności pozostaje Jarosław Kaczyński. To on przez lata wyznaczał ton sporów z Brukselą, eskalował konflikty o praworządność i budował atmosferę oblężonej twierdzy. Dziś, gdy skutki tej strategii są widoczne w postaci osłabionej pozycji Polski, łatwo udawać, że hasła o „wstawaniu z kolan” nie miały swojej ceny. Miały – i nadal mają.
W swoim wystąpieniu Sikorski odwołał się także do słów Jana Pawła II: „od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej”. To przypomnienie, że polska tradycja polityczna opierała się na budowaniu wspólnot, a nie na izolacji. „Jesteśmy dość silni, aby UE wzmacniać, usprawniać i reformować, a nie ją niszczyć czy z niej uciekać” – podkreślił minister.
W świecie rosnących napięć – wojny za wschodnią granicą, niepewnych relacji transatlantyckich, globalnej rywalizacji mocarstw – samotna Polska byłaby słabsza, nie silniejsza. „Wybija godzina Europy. Albo będziemy zjednoczeni, albo zjedzą nasi więksi” – ostrzegał Sikorski. To nie jest retoryczna figura. To opis rzeczywistości.
Krytyka PiS i Jarosława Kaczyńskiego nie wynika z plemiennej niechęci. Wynika z przekonania, że flirtowanie z wizją Polexitu – nawet jeśli oficjalnie zaprzeczane – jest nieodpowiedzialne. Antyunijna propaganda może przynieść doraźne punkty procentowe w sondażach, ale w dłuższej perspektywie podkopuje fundamenty bezpieczeństwa i rozwoju Polski.
Polska potrzebuje dziś rozsądku, a nie ideologicznych fajerwerków. Potrzebuje silnej pozycji w Unii, a nie polityki permanentnego konfliktu. Jeśli ktoś naprawdę troszczy się o suwerenność, powinien ją wzmacniać poprzez mądrą obecność w Europie – nie poprzez niebezpieczne igranie z hasłem wyjścia ze wspólnoty.
