W Prawie i Sprawiedliwości zaczyna się coś, co coraz trudniej nazywać jedynie „sporem frakcyjnym”. To już nie jest różnica zdań ani chwilowy konflikt ambicji. To otwarta wojna domowa, w której kolejne oświadczenia i wpisy w mediach społecznościowych zastępują program, strategię i realną pracę polityczną. A jej finał – jeśli nic się nie zmieni – może oznaczać rozłam.
Iskrą zapalną stało się nagranie opublikowane przez Patryka Jakiego. Podczas spotkania w Lublinie eurodeputowany zapewniał, że partia „twardo, mimo propagandy, tym razem twardo zachowuje się tak jak trzeba”. Deklarował: „Żadne sondaże, żaden szantaż finansowy na nas nie wpłynie i koniec. Wyciągnęliśmy wnioski”. Brzmiało to jak próba odcięcia się od błędów przeszłości – a pośrednio także od ludzi, którzy za te błędy odpowiadali.
Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Mateusz Morawiecki publicznie zapytał: „Patryku, skoro obecnie jesteś ekspertem i znasz remedium na każdy problem, to powiedz: jak poszła sztandarowa reforma sądownictwa? No i jak przysłużyła się Polsce Twoja ustawa o IPN?”. Ten wpis był czymś więcej niż polemiką. Był frontalnym atakiem na partyjnego kolegę i jednocześnie przyznaniem, że w PiS nie ma już nawet pozorów jedności.
Reakcja kierownictwa była szybka. Rzecznik partii Rafał Bochenek poinformował, że decyzją prezesa Jarosława Kaczyńskiego sprawa Morawieckiego – obok innych polityków – trafi do komisji etyki. Powód? „Naruszenie wydanego przez kierownictwo PiS zakazu wszczynania w mediach społecznościowych szkodliwych dla Polski i całego naszego środowiska politycznego dyskusji”. Sam fakt, że największa partia opozycyjna musi dyscyplinować swoich liderów za publiczne kłótnie, mówi więcej niż najbardziej złośliwy komentarz.
Problem w tym, że komisja etyki nie ugasi pożaru, który trawi partię od środka. Bo to nie jest spór o jeden wpis. To walka o przywództwo, o kierunek ideowy, o to, kto ma prawo mówić, czym PiS „wreszcie” ma być. Jaki mówi: „To jest wreszcie taki PiS, jaki ja chciałem, żeby był”. W tych słowach pobrzmiewa sugestia, że dotąd partia taka nie była – a więc że ktoś ją prowadził źle.
Morawiecki odpowiada z kolei atakiem, który uderza w fundamenty wspólnego dorobku. Jeśli reforma sądownictwa i ustawa o IPN są dziś wyciągane jako argument w wewnętrznej walce, to znaczy, że PiS samo podważa swoje sztandarowe projekty. Trudno o bardziej czytelny sygnał erozji.
Najbardziej uderzające jest jednak to, że w całym tym sporze nie ma ani słowa o realnych problemach państwa. Nie ma propozycji dla gospodarki, ochrony zdrowia czy polityki zagranicznej. Jest za to publiczne pranie brudów, wzajemne oskarżenia i demonstracyjne kierowanie spraw do partyjnych organów dyscyplinarnych. Partia, która przez lata oskarżała przeciwników o chaos i brak sterowności, dziś sama tonie w wewnętrznych rozgrywkach.
Odpowiedzialność spoczywa przede wszystkim na Kaczyńskim. To on przez lata budował model partii oparty na silnej ręce prezesa i bezwzględnej lojalności. Jeśli dziś musi grozić komisją etyki i analizować „złożony kontekst” wypowiedzi własnych polityków, to znaczy, że mechanizm kontroli przestaje działać. Autorytet nie jest już bezdyskusyjny, a strach przed konsekwencjami – niewystarczający.
Wojna domowa w PiS nie jest jeszcze formalnym rozłamem, ale wszystkie symptomy są widoczne: rywalizujące frakcje, publiczne podważanie decyzji, demonstracyjne „odcinanie się” od dawnych błędów. Jeśli partia nadal będzie zajmować się wyłącznie sobą, a nie wyborcami, scenariusz podziału stanie się nie tyle możliwy, co nieunikniony.
Bo partia, która skupia się wyłącznie na wewnętrznych sporach, w końcu przestaje być wiarygodną alternatywą dla kogokolwiek. A wtedy wojna domowa przestaje być metaforą – staje się początkiem końca.
