Były minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro po raz kolejny postanowił zabrać głos w sprawach, które – jak można odnieść wrażenie – przerastają go zarówno w wymiarze prawnym, jak i politycznym. Tym razem jego ostrze słów skierowane zostało w stronę obecnego szefa resortu, Waldemara Żurka. I choć Ziobro nie szczędził mocnych określeń, to jego komentarz bardziej niż siłę argumentów odsłonił skalę frustracji człowieka, który utracił władzę, ale potrzebę dominacji.
Spór wybuchł po konferencji prasowej w Ministerstwie Sprawiedliwości, podczas której Żurek odniósł się do projektu ustawy prezydenta Karola Nawrockiego, złożonego po zawetowaniu nowelizacji ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa. W reakcji pełnomocnik m.in. posła PiS Marcin Romanowski zapowiedział kroki prawne wobec ministra. „Po tym co dzisiaj Pan powiedział na mój temat na konferencji prasowej, w przyszłym tygodniu skieruję wobec Pana prywatny akt oskarżenia, a następnie pozew. Trochę Pan przesadził” – oświadczył mec. Bartosz Lewandowski, dodając z wyraźną groźbą: „Immunitet Prokuratora Generalnego nie trwa wiecznie”.
Jednak prawdziwa polityczna burza rozpętała się dopiero wtedy, gdy głos zabrał Ziobro. Jego wpis w mediach społecznościowych był pokazem retorycznej agresji i personalnych wycieczek. „Dlaczego Żurek atakuje mec. Lewandowskiego? Bo sam był słabym sędzią. Bo jako minister kompromituje się na każdym kroku” – napisał były minister. To zdanie mówi więcej o stylu uprawiania polityki przez Ziobrę niż o samym Żurku.
Zamiast rzeczowej polemiki – inwektywy. Zamiast argumentów – insynuacje. Ziobro zarzucił Żurkowi, że „swojemu koledze, białoruskiemu agentowi – sędziemu Szmydtowi, osobistą decyzją umożliwił największy zawodowy sukces”. Następnie dorzucił sugestię, że obecny minister chce „robić karierę czekisty”, a jego działania przypominają „sprawdzone sowieckie metody”. To już nie jest debata publiczna. To język politycznej wojny totalnej.
Trudno nie dostrzec ironii w tym, że Ziobro – polityk odpowiedzialny za wieloletni chaos w wymiarze sprawiedliwości – oskarża dziś innych o brak niezawisłości. To za jego czasów sądy stały się areną bezprecedensowego konfliktu z instytucjami europejskimi. To jego reformy doprowadziły do podważania statusu sędziów i niekończących się sporów o legalność organów takich jak KRS. Dziś jednak były minister stawia się w roli obrońcy zasad.
Najbardziej znamienny fragment jego wpisu dotyczy rzekomego „zdarcia maski obrońcy niezawisłości”. „Pokazał represje i odwet Żurka wobec doświadczonego sędziego Dariusza Łubowskiego, którego jedyną «winą» było to, że nie orzekł tak, jak chciał Tusk. Niezawisłość? Tak. Ale tylko dla swoich” – zakończył Ziobro. To chwytliwa fraza, lecz pozbawiona dowodów i kontekstu. W ustach polityka, który sam przez lata był oskarżany o upolitycznianie prokuratury, brzmi jak próba odwrócenia uwagi od własnego dorobku.
W tej sprawie nie chodzi wyłącznie o personalny konflikt. Chodzi o standard debaty publicznej. Ziobro ponownie pokazuje, że jego polityczna metoda polega na eskalacji, na podgrzewaniu emocji, na kreowaniu wrogów. Każda krytyka staje się „hejtem”, każda decyzja przeciwnika – „represją”, a każdy spór – dowodem na spisek.
Tymczasem państwo potrzebuje spokojnej, merytorycznej rozmowy o wymiarze sprawiedliwości, a nie kolejnych odsłon personalnej vendetty. Ostre słowa mogą mobilizować twardy elektorat, ale nie budują zaufania do instytucji. Gdy były minister sprawiedliwości publicznie zarzuca następcy „kompromitację na każdym kroku” i porównuje go do funkcjonariusza służb represji, obniża rangę debaty do poziomu internetowej awantury.
Ziobro miał lata, by udowodnić skuteczność swoich reform. Efektem jest głęboko podzielone środowisko sędziowskie i ciągnące się spory prawne. Dziś, zamiast refleksji, wybiera atak. Zamiast odpowiedzialności – retoryczną ofensywę. To strategia głośna, ale krótkowzroczna. W polityce krzyk bywa słyszalny, lecz nie zawsze przekonujący.
