W Prawie i Sprawiedliwości najwyraźniej uznano, że skoro realna władza wymknęła się z rąk, to pozostaje teatr zapowiedzi i podsycanie napięcia wokół nazwiska, które „już jest wybrane”, ale jeszcze nie do ujawnienia. Bo przecież nic tak nie rozpala wyobraźni jak polityczny casting „na premiera”, o którym „bardzo wąskie grono osób w partii zna nazwisko”.
Portal niezalezna.pl podał, że 7 marca w Krakowie, w hali Sokół, PiS ogłosi swojego kandydata na premiera. To miejsce nieprzypadkowe – właśnie tam w 2024 roku prezes Jarosław Kaczyński przedstawił Karola Nawrockiego jako obywatelskiego kandydata na prezydenta z poparciem PiS. Symbolika jest jasna: powrót do sprawdzonej scenografii, do momentu, gdy partia mogła jeszcze narzucać ton debacie.
Tyle że dziś to bardziej inscenizacja niż realna polityka.
Kaczyński w rozmowie z Radiem Maryja ogłosił, że decyzję już podjął. „Ja już decyzję podjąłem, mam daleko idące uprawnienia wynikające ze statutu, (…) ale chciałbym to najpierw skonfrontować z większym zgromadzeniem członków naszej formacji” – powiedział. To zdanie brzmi jak kwintesencja partyjnej demokracji po pisowsku: decyzja zapadła jednoosobowo, konsultacje będą później.
Prezes dodał, że kandydat „to musi być kandydat który pozwoli wygrać wybory, który będzie nawet lokomotywą wyborczą”. A więc nie program, nie wizja państwa, nie rozliczenie błędów – lecz „lokomotywa”. Marketing ponad treść, emocja ponad refleksję.
Najciekawsze są jednak kryteria. „Jest ktoś, kto wydaje się odpowiadać tym wymogom, które dzisiaj są i które właśnie dotyczą możliwości odpowiedniego zwrócenia się do prawicowego elektoratu czy patriotycznego elektoratu” – stwierdził Kaczyński. Dodał przy tym, że „tutaj chodzi w wielkiej mierze o to, żeby nie mieć obciążeń, w każdym razie wobec tego typu elektoratu”.
Nie mieć obciążeń? To brzmi jak przyznanie, że dotychczasowe twarze partii są dla części wyborców ciężarem. Ale zamiast odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się stało, PiS proponuje nową zagadkę personalną. Zamiast poważnej debaty o błędach rządów z lat 2015–2023 – polityczny talent show.
Rzecznik partii Rafał Bochenek dolał oliwy do ognia, mówiąc, że „bardzo wąskie grono osób w partii zna to nazwisko”. I zapewnił, że marcowe ogłoszenie „nada dynamikę na kolejne tygodnie i miesiące pracy naszego całego środowiska politycznego”. Dynamikę czego? Spekulacji? Medialnej gorączki? Kolejnej kampanii opartej na emocjach?
W PiS najwyraźniej uznano, że najlepszą odpowiedzią na polityczną rzeczywistość jest kreowanie alternatywnej – pełnej niedopowiedzeń, przecieków i napięcia budowanego wokół jednego nazwiska. Tyle że to przypomina bardziej fantazjowanie o przyszłej wygranej niż realny plan jej osiągnięcia.
Partia, która jeszcze niedawno zarządzała państwem, dziś zdaje się zarządzać głównie własnym przekazem. Zamiast konkretów – aura tajemnicy. Zamiast programu – obietnica „lokomotywy wyborczej”. Zamiast refleksji nad przyczynami utraty władzy – wiara, że odpowiednio dobrana twarz rozwiąże wszystkie problemy.
Tymczasem polityka to nie casting na lidera prawicowego elektoratu. To praca nad wiarygodnością, odbudowa zaufania, odpowiedź na realne wyzwania gospodarcze i międzynarodowe. Ogłoszenie nazwiska w hali Sokół może być sprawnie wyreżyserowanym wydarzeniem. Może będą światła, oklaski, mocne hasła. Ale jeśli za tym nie pójdzie coś więcej niż fantazja o powrocie do władzy, efekt będzie krótkotrwały.
PiS najwyraźniej uwierzył, że wystarczy wyciągnąć z kapelusza nową „lokomotywę”, by pociągnęła cały skład. Problem w tym, że wyborcy coraz częściej patrzą nie na maszynistę, lecz na trasę, po której ma jechać pociąg. A tej trasy w marcowych zapowiedziach wciąż nie widać.
