Jarosław Kaczyński znów zmienił zdanie. W świecie Prawa i Sprawiedliwości to już nie wstrząs, lecz stały element krajobrazu. Tym razem chodzi o kandydata na premiera. „Prezes naczelnik ogłosił, że w marcu ogłosi” – słyszeliśmy jeszcze niedawno. A to, co miał ogłosić, jak twierdzili partyjni rozmówcy, już ogłosili inni: że kandydatem ma być Zbigniew Bogucki.
Polityka w wydaniu PiS coraz częściej przypomina jednak teatr improwizacji. Zapowiedzi są, deklaracje padają, nazwiska krążą – a potem wszystko nagle przestaje być aktualne. Bo prezes zmienił zdanie. I to tak szybko, jakby decyzje polityczne były przymierzanymi kreacjami, a nie strategicznymi wyborami.
Reakcja potencjalnych koalicjantów była wymowna. Politycy związani z różnymi odłamami Konfederacji – od Sławomir Mentzen po Krzysztof Bosak i Grzegorz Braun – mieli w tej sprawie jedno wspólne hasło: „A to się jeszcze zobaczy!”. Trudno o bardziej dyplomatyczne wyrażenie braku wiary w stabilność decyzji prezesa.
Bo jak tu budować poważne rozmowy koalicyjne, gdy nie wiadomo, kto jutro będzie twarzą rządu? Jak traktować poważnie zapowiedzi, które obowiązują do momentu kolejnej narady na Nowogrodzkiej?
Jeszcze ciekawsza była reakcja części polityków samego Prawo i Sprawiedliwość. Zapytani, co dalej, odpowiedzieli z rozbrajającą szczerością: „No jak to co? Tusk będzie rządził drugą kadencję”. W tej ironii jest więcej prawdy niż w najbardziej pompatycznych przemówieniach. Bo partia, która chce odzyskać władzę, powinna przede wszystkim sprawiać wrażenie gotowej do rządzenia. A nie pogrążonej w nieustannej korekcie własnych planów.
Tymczasem pojawia się nowe nazwisko: Lucjusz Nadbereżny, prezydent Stalowej Woli. Młody, samorządowiec, bez silnego zaplecza frakcyjnego. Podobno to „całkiem nowe otwarcie”. Podobno ta kandydatura pogodziła zwaśnione frakcje, bo nikt nie czuje się przez nią zagrożony. „Młody, bez frakcji, mało znany” – mówią partyjni rozmówcy z nutą lekceważenia.
Brzmi to bardziej jak wybór kompromisowej panny na wydaniu niż jak przemyślana strategia polityczna. Ktoś, kto nikomu nie przeszkadza, bo nikt nie traktuje go zbyt serio. Historia zna jednak takie przypadki – przypomnijmy, że Karol Nawrocki też był przez wielu lekceważony na początku swojej drogi.
Problem w tym, że w całej tej układance najważniejsza nie jest osoba kandydata, lecz styl przywództwa. Kaczyński od lat marzy o powrocie do pełni władzy. Każde jego wystąpienie to zapowiedź odbudowy „silnego państwa”, każda konferencja – obietnica nowego otwarcia. Ale marzenie o władzy wymaga konsekwencji. Tymczasem tu konsekwencja ustępuje miejsca kapryśności.
Polityka nie jest balem debiutantek, gdzie można do ostatniej chwili zmieniać partnera do tańca. Kandydat na premiera to nie detal w kampanijnej stylizacji. To sygnał dla wyborców, rynków, partnerów zagranicznych. To deklaracja: mamy plan, mamy lidera, mamy stabilność.
A w PiS? Dziś Bogucki, jutro Nadbereżny, pojutrze – kto wie? „Prezes naczelnik miał zmienić zdanie” – to zdanie staje się refrenem kolejnych tygodni. Trudno oprzeć się wrażeniu, że decyzje zapadają nie w wyniku chłodnej analizy, lecz pod wpływem impulsu, nastroju, chwilowej kalkulacji.
Kaczyński przez lata budował wizerunek stratega, który patrzy kilka ruchów do przodu. Dziś coraz częściej wygląda jak polityk reagujący na bieżące emocje. Jak panna na wydaniu, która co kilka minut zmienia zdanie, bo suknia już nie ta, bo partner nie dość elegancki, bo orkiestra gra nie tę melodię.
Władza to nie marzenie, które spełnia się dzięki kolejnym zapowiedziom. To efekt wiarygodności. A ta rodzi się z przewidywalności i stabilności. Jeśli lider partii zmienia decyzje szybciej niż media nadążają z nagłówkami, trudno przekonać kogokolwiek, że tym razem plan jest ostateczny.
Bo w polityce najgorsza nie jest nawet zła decyzja. Najgorsza jest decyzja, która obowiązuje tylko do następnego poranka.
