„Pokazaliśmy, że działając wspólnie, potrafimy zwyciężać. Przed nami wytężony czas pracy i przygotowania do właściwej kampanii parlamentarnej. Marsz rozpoczynamy 7 marca 2026 r.!” – ogłosił na portalu X prezes Prawo i Sprawiedliwość, Jarosław Kaczyński. Brzmi bojowo. Brzmi mobilizująco. Brzmi jak wezwanie wodza, który prowadzi zwartą kolumnę ku kolejnemu zwycięstwu.
Problem w tym, że ta kolumna coraz częściej przypomina zbiór rozproszonych pododdziałów, które bardziej patrzą na siebie spode łba, niż na politycznego przeciwnika.
„Receptą na zwycięstwo jest jedność, a wszelkie próby jej podważania to realizowanie scenariusza obecnej koalicji rządzącej” – podkreśla Kaczyński. W jego narracji każdy, kto zadaje pytania, kto ma wątpliwości, kto artykułuje ambicje, automatycznie wpisuje się w plan wroga. Jedność staje się nie wartością budowaną na zaufaniu, lecz nakazem lojalności wobec lidera.
To retoryka dobrze znana z poprzednich lat. PiS wielokrotnie odwoływał się do hasła „zjednoczonego obozu patriotycznego”. Tyle że dziś to hasło brzmi jak zaklęcie powtarzane coraz głośniej, w nadziei, że rzeczywistość się do niego dopasuje.
Kaczyński przekonuje: „Przed nami wytężony czas pracy i przygotowania do właściwej kampanii parlamentarnej. Marsz rozpoczynamy 7 marca 2026 r.!”. Marsz – a więc ruch w jednym kierunku, w jednym tempie, pod jednym dowództwem. Tylko czy w samej partii rzeczywiście panuje taka dyscyplina i zgodność?
Od miesięcy widać napięcia, ambicjonalne tarcia, rywalizację frakcji i młodszych polityków z partyjnymi weteranami. Publiczne przecieki, półoficjalne komentarze, wewnętrzne rozgrywki personalne – to nie jest obraz monolitu. To raczej partia, która po latach sprawowania władzy musi zmierzyć się z pytaniem o przywództwo, sukcesję i nową tożsamość.
W tym kontekście wezwanie do jedności brzmi jak próba przykrycia problemu, a nie jego rozwiązania. Bo jedność nie rodzi się z wpisu w mediach społecznościowych. Nie powstaje z hasła „Bądźmy razem”. Jest efektem realnej rozmowy, kompromisu i dopuszczenia pluralizmu wewnątrz własnego obozu.
Tymczasem w PiS od lat obowiązuje model silnie scentralizowanego przywództwa. Decyzje zapadają na szczycie, a dyscyplina partyjna jest fundamentem funkcjonowania klubu. To dawało skuteczność w czasach ofensywy wyborczej. Ale dziś może okazać się balastem. Im bardziej lider nawołuje do jedności, tym wyraźniej widać, że musi ją egzekwować, a nie naturalnie podtrzymywać.
Kaczyński ostrzega, że „wszelkie próby jej podważania to realizowanie scenariusza obecnej koalicji rządzącej”. To wygodna figura retoryczna: odpowiedzialność za napięcia przerzucić na przeciwnika. Tyle że żadna koalicja rządząca nie wprowadziła do PiS personalnych ambicji, sporów o listy wyborcze czy różnic w strategii. To są problemy wewnętrzne.
Jeśli partia chce przekonywać Polaków do jedności narodowej, do wspólnoty ponad podziałami, powinna zacząć od własnego podwórka. Trudno bowiem poważnie traktować apele o „bezpieczną i stabilną przyszłość”, gdy stabilność w obrębie samego ugrupowania jest kwestionowana.
Hasło „Tylko zwycięstwo zjednoczonego obozu patriotycznego zapewni Polsce bezpieczną i stabilną przyszłość” brzmi patetycznie. Ale patos nie zastąpi wiarygodności. A wiarygodność buduje się spójnością między słowami a praktyką.
Dziś PiS stoi przed realnym wyzwaniem: czy potrafi przejść od modelu partii wodzowskiej do bardziej otwartej formuły, w której jedność nie oznacza bezwzględnego podporządkowania? Czy potrafi odpowiedzieć na pytania o przyszłe przywództwo bez tłumienia debaty?
Wezwanie do jedności może być początkiem odnowy. Może też być sygnałem alarmowym, że jedność zaczyna się kruszyć. Bo jeśli lider musi nieustannie przypominać o jej konieczności, to znaczy, że nie jest ona oczywistością.
A wyborcy – w przeciwieństwie do partyjnych działaczy – nie reagują na rozkazy. Reagują na autentyczność. Jeśli jej zabraknie, nawet najbardziej zdyscyplinowany marsz może zakończyć się w miejscu.
