Gdy Izrael i Stany Zjednoczone zaatakowały Iran, świat zamarł. Bliski Wschód znów stanął nad przepaścią, a konsekwencje tej operacji mogą sięgać daleko poza region. W Teheranie ogłoszono 40-dniową żałobę po śmierci ajatollaha Alego Chameneiego, a Najwyższa Rada Bezpieczeństwa Narodowego ogłosiła, że jego „męczeństwo” ma stać się początkiem „powstania w walce przeciwko prześladowcom”. Sekretarz Rady, Ali Laridżani, zapowiedział powołanie tymczasowej rady przywódczej: odpowiedzialność za państwo mają przejąć prezydent Masud Pezeszkian, szef sądownictwa Golamhosejn Mohseni Edżei oraz przedstawiciel Rady Strażników.
Wydarzenia historyczne, dramatyczne i brzemienne w skutki. A w Warszawie? W Warszawie rozbrzmiał ton dobrze znany z wierszyka o samochwale.
Bo oto dowiedzieliśmy się, że Polska wiedziała.
Kulisy ujawnił szef BBN, prof. Sławomir Cenckiewicz, w rozmowie na antenie Polsat News. „Ja mogę potwierdzić to, że polski prezydent, polskie władze zostali poinformowani o możliwości uderzeń amerykańsko-izraelskich na Iran” – oświadczył z satysfakcją. I dodał: „To tylko pokazuje, jak ważna jest Polska w relacjach polsko-amerykańskich, jak ważną postacią w tych relacjach jest sam prezydent Karol Nawrocki”.
Trudno o bardziej modelowy przykład politycznego samozachwytu. Świat stoi w ogniu, Iran wchodzi w okres niepewnej sukcesji, region drży, a my celebrujemy fakt, że ktoś do nas zadzwonił.
Cenckiewicz przekonywał, że Biuro Bezpieczeństwa Narodowego analizowało sytuację od dwóch tygodni. „Kilkadziesiąt godzin przed tym uderzeniem mieliśmy informacje o takiej możliwości” – podkreślił. Możliwości. Nie planie, nie dacie, nie konkretach. O możliwości.
Jeszcze ciekawiej zrobiło się, gdy padło pytanie, kto właściwie wiedział. „Myślę, że i rząd, mam na myśli tutaj przede wszystkim Ministerstwo Obrony Narodowej…” – odpowiedział szef BBN, by po chwili dodać, że „czynniki polityczne i relacje, które osobiście pan prezydent posiada, dawały jakiś komponent wiedzy prawdopodobnej”.
„Komponent wiedzy prawdopodobnej” – brzmi to jak definicja dyplomatycznej mgły. W praktyce oznacza tyle, że coś się przeczuwało. W geopolityce takie przeczucia nie są jednak niczym nadzwyczajnym. Napięcie wokół Iranu było widoczne od dawna. Analizy mówiły o ryzyku eskalacji. To nie była tajemnica dostępna wyłącznie wtajemniczonym.
Dlatego tak uderza ton triumfu. Jakby sam fakt uprzedzenia był dowodem znaczenia. Jakby rola Polski w tej układance polegała na byciu dobrze poinformowanym widzem.
Prezydent Karol Nawrocki jawi się w tej narracji jako kluczowa postać relacji transatlantyckich. „To tylko pokazuje, jak ważną postacią w tych relacjach jest sam prezydent” – mówi Cenckiewicz. Tyle że polityka zagraniczna nie polega na budowaniu legendy własnej ważności. Polega na wpływie.
Czy Polska próbowała wykorzystać swoje kanały komunikacji, by złagodzić napięcie? Czy podjęto próbę mediacji? Czy przedstawiono własne stanowisko w sposób, który mógłby zmienić bieg wydarzeń? O tym nie usłyszeliśmy ani słowa.
Zamiast tego dostaliśmy opowieść o znaczeniu. O randze. O prestiżu. Po prostu Samochwała w kącie stała i powtarzała: wiedzieliśmy pierwsi.
Tymczasem w Iranie rozpoczyna się nowy, nieprzewidywalny etap. Tymczasowa rada przywódcza ma przejąć ster państwa do czasu wyboru następcy najwyższego przywódcy. Region balansuje na krawędzi dalszej eskalacji. Każde słowo i każdy gest mogą mieć znaczenie.
Na tym tle polska narracja brzmi jak echo z innego świata. Świata, w którym sukcesem jest dostęp do informacji, a nie realny wpływ. W którym wystarczy powiedzieć „zostaliśmy poinformowani”, by ogłosić strategiczny triumf.
Wierszyk o samochwale kończy się morałem. Tu morał jest prosty: powaga sytuacji wymaga powagi języka. A jeśli jedyną odpowiedzią na globalny kryzys jest autopromocyjna opowieść o własnej ważności, to znaczy, że w kącie wciąż stoimy – tylko głośniej się chwalimy.
