W polityce są momenty, w których słowa ważą więcej niż zwykle. Czas niepewności – wojny toczące się w różnych częściach świata, napięcia na rynkach surowców, nerwowe reakcje inwestorów – wymaga od klasy politycznej odpowiedzialności i powściągliwości. Tymczasem w ostatnich dniach znów usłyszeliśmy z ust polityków PiS ostrzeżenia o rzekomych brakach paliwa i nadciągającej fali podwyżek. To retoryka dobrze znana: najpierw zaszczepić lęk, potem zebrać polityczne owoce.
Na szczęście podczas posiedzenia rządu padły słowa, które ten niepokój próbowały przeciąć. – Pojawiły się sygnały czy taka paskudna dość, muszę powiedzieć, narracja ze strony niektórych polityków dotycząca paliwa. Że za chwilę zabraknie i próba wywołania takiej paniki. Znamy to z historii, to często działa skutecznie – stwierdził premier. To nie była emocjonalna riposta, lecz chłodna diagnoza mechanizmu, który w Polsce wielokrotnie się sprawdzał: plotka wywołuje panikę, panika generuje realny problem.
Historia uczy, że wystarczy kilka alarmistycznych wypowiedzi, by kierowcy ruszyli na stacje benzynowe „na zapas”. Wtedy niedobór przestaje być fikcją – staje się samospełniającą się przepowiednią. Premier przypomniał ten schemat z brutalną szczerością: – Ktoś zaczyna mówić w związku z jakąś wojną albo inną sytuacją, że na pewno zabraknie paliwa i że za chwilę ludzie zaczną szturmować stacje benzynowe i wtedy ludzie zaczynają szturmować stacje benzynowe i kupować paliwo na taki zapas. Wtedy jest kłopot. Chcę państwu powiedzieć, że nie ma żadnego problemu, jeśli chodzi o zapasy paliwa w Polsce.
Kluczowe są tu fakty, nie insynuacje. Poziom wypełnienia systemu magazynowego przekracza 73 proc., a zapasy ropy – około 3 mln metrów sześciennych – mają tendencję rosnącą. To liczby, które nie mieszczą się w czarnym scenariuszu roztaczanym przez opozycję. Owszem, sytuacja międzynarodowa jest napięta. – Trzeba mieć bardzo dużo złej woli, żeby w sytuacji takiego potężnego kryzysu geopolitycznego (…) jeszcze próbować destabilizować sytuację zupełnie bez żadnego powodu w naszym kraju – mówił dalej premier. Te słowa brzmią jak ostrzeżenie: destabilizacja może stać się narzędziem walki politycznej.
Rząd nie ma wpływu na notowania ropy czy gazu na światowych giełdach. Udawanie, że jest inaczej, byłoby nieuczciwe. I właśnie tej uczciwości nie zabrakło. – My oczywiście o cenie ropy naftowej i gazu ziemnego na giełdach światowych nie będziemy decydowali (…) – przyznał premier. Jednocześnie wskazał, że państwo nie jest bezradne. Orlen, jako kluczowy gracz na rynku, dysponuje narzędziami – również finansowymi – które mogą amortyzować ewentualne gwałtowne skoki cen. – Orlen użyje narzędzi dostępnych dla niego (…) tak, aby ewentualne skoki cen ropy na giełdach światowych nie odbiły się w sposób masywny i bardzo dokuczliwy na cenach paliwa w Polsce – stwierdził premier.
W tym sporze nie chodzi wyłącznie o paliwo. Chodzi o filozofię uprawiania polityki. Jedna strona stawia na zarządzanie kryzysem poprzez rzetelną informację i uspokajanie nastrojów. Druga – na podsycanie obaw i budowanie narracji o państwie chwiejącym się w posadach. To strategia ryzykowna, bo gra na emocjach społeczeństwa w momentach, gdy emocje i tak są napięte do granic.
Polacy mają prawo oczekiwać, że w obliczu globalnych zagrożeń politycy będą działać wspólnie na rzecz stabilności. Wzmacnianie lęku może przynieść krótkotrwały efekt sondażowy, lecz długofalowo podkopuje zaufanie do instytucji państwa. Tymczasem odpowiedzialność wymaga czegoś odwrotnego: spokoju, przejrzystości i gotowości do tłumaczenia złożonych procesów gospodarczych bez uproszczeń.
Zapasy paliwa są zabezpieczone. Mechanizmy rynkowe – choć niezależne od Warszawy – mogą być łagodzone krajowymi decyzjami. W tej sytuacji sianie paniki nie jest wyrazem troski, lecz politycznej kalkulacji. Wybór między rozsądkiem a strachem wydaje się oczywisty. W czasach, gdy świat balansuje na krawędzi kolejnych kryzysów, Polska potrzebuje przede wszystkim stabilności – i polityków, którzy potrafią ją zapewnić.
